Przez dwadzieścia minut chodził wokół mojego biurka z wydrukiem w ręce i powtarzał każdemu, kto tylko chciał słuchać, że w księgowości nie ma drobiazgów. A potem Daniel wzruszył ramionami i rzucił: „Niech mama pomieszka jeszcze tydzień, co ci szkodzi? ”. Wtedy coś we mnie pękło.

Weszłam do kuchni, nikogo. Zajrzałam do salonu, tam również było pusto. Same bilety w obie strony kosztowały przecież tyle, ile dwie moje miesięczne pensje. Jak idiotka sprawdzałam metalową skrzynkę, jakby 150 000 zł mogło zapaść się za niewidoczną przegrodę.
151 000 z niewielkim hakiem, pięć lat odkładania, pięć lat rezygnowania z rzeczy, na które teoretycznie mogłam sobie pozwolić. Książę, no tak, prawdziwy książę. Przeniosłam kawę do kuchni, wyjęłam notes i długopis, i usiadłam przy stole dokładnie tak, jak setki razy robiłam to w pracy, kiedy trzeba było rozgryźć niejasny układ w dokumentach. Bilety dla dwóch osób na trzy tygodnie mogły kosztować około 50 000 zł.
Do tego hotel, jedzenie, wydatki na miejscu. Sprawdziłam saldo: 1150 zł do następnej wypłaty. No tak. Do tego pakiet VIP.
Jeżeli ze 151 000 wydali 47 400 zł na sam wyjazd, pozostawało im jeszcze około 100 000. Następny telefon wykonałam do administracji osiedla. No tak, nieoficjalnie trochę doradzam. Dała mi kontakty do dwóch prawników.
Potem wstałam od stołu i podeszłam do szafy. Wyjęłam ją i wróciłam do kuchni. Poszliśmy do kancelarii. Odłożyłam dokumenty na bok i znowu sięgnęłam po notes.
No przecież już się stało. Do biura przyszłam pół godziny wcześniej. Kto miał do niego dostęp? Pani twierdzi, że w sejfie było 150 000 zł.
Schowałam dokumenty głębiej do torby. Teraz trzymałam tę samą teczkę na kolanach i po rozmowie z prawnikiem nie potrafiłam wskazać ani jednego papieru, który potwierdzałby, że w sejfie było właśnie 150 000 zł i że należały do mnie. 150 000 zł po prostu zniknęło. Leżałam tak przez jakieś dwadzieścia minut, zwyczajnie użalając się nad sobą.
Mąż początkowo sceptycznie podszedł do całego pomysłu. Otworzyłam aplikację do kamer. No właśnie, pożyczka. Przewinęłam nagrania o kilka dni do przodu.
Daniel trzymał w rękach mój notes z zapiskami. Zakupy spożywcze do domu robiłam ja. Miałam ochotę przewinąć do końca, wyłączyć telefon i zadzwonić do Daniela natychmiast. Mówiła, że 150 000.
Przycisnęłam palec do ust. Kwota 150 000. Wkładał je do czarnej torby sportowej. Cofnęłam zapis do godziny 14:14.
Nacisnęłam ikonę pobierania i położyłam notes obok telefonu, żeby spisać daty wszystkich wcześniejszych rozmów. Andrzej podłączył go do komputera. No cóż, przez 20 lat praktyki rzadko widziałem tak mocny materiał dowodowy. Odpowiadałam na te same pytania w nieco różnych formach, pilnując dat i kolejności wydarzeń.
Do tej chwili myślałam przede wszystkim o 150 000 zł, o pustym sejfie, o Malediwach, o tym, że zabrali mi oszczędności i jeszcze zostawili kartkę, jakbym była kasjerką, której należy się informacja po fakcie. No właśnie tego się spodziewałam. Rozmawialiśmy o zabraniu 150 000 zł, a Daniel martwił się tym, że przepadnie mu opłacony urlop. Przyłożyłam telefon z powrotem do ucha.
Zanim dotarli do mieszkania, zdążyłam spakować część jego rzeczy do dużych toreb. Nadal wkładałam rzeczy Daniela do torby. W jej oczach problemem nie był pusty sejf, nie 150 000, nie planowanie wszystkiego za moimi plecami. „Oddam wszystko co do grosza” – Grażyna gwałtownie odwróciła się do niego.
„Na 150 000 sprzedam samochód”. 175 000 zł. Więcej nie wracaliśmy do rozmów o pojednaniu. Mieszkanie należało do mnie.
Grażyna przeprowadziła się do swojej siostry. A po roku wszyscy zachowywalibyśmy się tak, jakby historia ze 150 000 zł nigdy się nie wydarzyła. No i co, bohaterze?
Było mu oczywiście zupełnie obojętne, co wydarzyło się na Malediwach, ile wynosiło 150 000 zł i na czym polega umowa majątkowa małżeńska.


