Do dziś pamiętam ten zapach rozmarynu i czosnku, który unosił się w domu tamtego popołudnia. Przeniosłam już swoje najpotrzebniejsze rzeczy do schowka, a Grzegorz właśnie napisał mi, że to zrobił. Podeszłam do stołu i podniosłam kopertę, czując, jakby całe moje życie miało się zaraz przewrócić do góry nogami. Przez dwadzieścia lat byłam jej cieniem.

Nie zamierzałam dzwonić do Patrycji. Zamierzałam pojechać do jej mieszkania, prosto do źródła tej koszmarnej układanki. Jej majątek po odliczeniu podatków i zobowiązań wynosił dwa miliony sto pięćdziesiąt tysięcy złotych. No i dom oczywiście.
Grzegorz już planował: „Możemy przeprowadzić się do Hiszpanii”. Ale ja chciałam do tego podejść mądrze. Próbowałam przemówić mu do rozsądku, ale on miał w głowie tylko te marzenia. Przypomniałam sobie liścik, który dołączyłam do jego rzeczy, i wróciłam do domu w milczeniu.
Podeszłam prosto do ekspresu do kawy, a potem do szuflady na szpargały w kuchni, gdzie trzymałam wszystkie ważne dokumenty. Podeszłam do drzwi gabinetu i wsunęłam klucz, czując, że zaraz odkryję coś, czego nie da się cofnąć. Na biurku leżało ostateczne wezwanie do zapłaty. Wyczyszczone do zera.
„Wisisz Igorowi 50 koła, płatne do pierwszego”. Czterdzieści pięć tysięcy, trzydzieści tysięcy, pięćdziesiąt tysięcy plus kredyt hipoteczny na dom, który jak myślałam, nadpłacaliśmy dodatkowymi ratami. Mówiła pani, że ma długi, ponad dwieście tysięcy. Wraca pani do domu.
Wtedy zadzwonił do mnie z propozycją: „Słuchaj, jeśli podpiszesz ugodę do końca tygodnia, nie będę rościł sobie praw do domu”. Szeptałam do ekranu telefonu, czując, jak coś we mnie pęka. Weszłam do domu i zadzwoniłam do mecenasa Barańskiego. Podłączyłam pendrive do laptopa.
„Proszę doliczyć 20% premii do swojego honorarium”. Podeszłam do tego jak do audytu podatkowego. Ubiorę się stosownie do okazji. Potem poszłam do swojej szafy, gdzie wisiała czarna koperta, która miała zmienić wszystko.
O dziewiątej rano pojechałam do banku. „No cóż, na razie niech będzie jednak tylko ten jeden”. Włożyłam go ostrożnie do koperty i płakałam całą drogę do banku. Wsiadłam do samochodu i sprawdziłam godzinę.
Przez dwadzieścia lat jeździła tym samym samochodem. Powiedziałam do wiatru: „Pojechałam do kancelarii prawnej”. Weszłam do toalety w budynku, żeby wziąć głęboki oddech. Dotarłam do drzwi sali konferencyjnej.
„Ubrałam się stosownie do okazji, Grzegorz”. Uśmiechnął się do mnie półgębkiem, ale ja widziałam już wszystko. „Odliczymy co do grosza te 150 000 zł od pańskiej części jakiejkolwiek ugody. I tak wyjdę stąd z 850 000”.
Wezwania do zapłaty. 200 000. Odwróciłam się do mecenasa Barańskiego, który używał mojego pendrive’a, żeby pokazać Grzegorzowi prawdę. Przesunął go bezpośrednio do samego Grzegorza.
Głos Grzegorza opadł do szeptu. „Przyznałeś się do romansu. Są moje wszystkie co do grosza. Chcesz, żebym do niego zadzwoniła?
”
Podpisujesz teraz zrzeczenie, przyznajesz się do zdrady i zrzekasz się wszelkich roszczeń do spadku. Pozywam cię o te 150 000, które ukradłeś. „Wisiłem Igorowi 50 koła do piątku. Czy mam dzwonić do fundacji?
” Przyjął do wiadomości. Grzegorz odwrócił się do Patrycji: „Pati, kochanie, możemy pojechać do ciebie”. Do mnie. Zrobił krok do przodu, ale ja sięgnęłam do torebki.
„Jeszcze nie do końca skończyliśmy”. Patrycja zabrała kluczyki do samochodu. Wsiadłam do samochodu i zablokowałam drzwi. Włożyłam kluczyk do stacyjki.
„Mówiłaś, że jedziemy do Paryża”. To idź do diabła – wrzasnęła Patrycja, a samochód wyrwał do przodu. Mogłabym poczuć do niego litość, ale nie czułam już nic. Obudziłam się w sobotni poranek z energią, jakiej nie czułam, odkąd skończyłam dwadzieścia lat.
Do kosza wynajęłam firmę wywożącą gabaryty. „Powiedziałam do pracowników: wynoście wszystko, do gołych ścian”. Następnie poszłam do jego męskiej jaskini. Pojechałam do marketu budowlanego i śpiewałam prosto do wałka malarskiego.
Zaproszenie do grona znajomych przeciągnęłam do kosza. „Chodźmy po prostu do kasyna” – powiedziałam do siebie. Beata zrobił krok do przodu. Podeszłam do grobu mamy i poczułam, że spalił wszystko do gołej ziemi.
Zatrzymałam się, podeszłam do niej bliżej. „Do zobaczenia następnym razem” – szepnęłam, czując, że w końcu zaczynam żyć dla siebie.


