„Jakie może nigdzie nie pojedziesz?” – krzyknął mąż, a ja stałam w kuchni i patrzyłam na kartkę przyczepioną do lodówki. Chleb, kiełbasa, płyn do naczyń, coś na komary. Ta lista nigdy się nie…

„Jakie może nigdzie nie pojedziesz?” – krzyknął mąż, a ja stałam w kuchni i patrzyłam na kartkę przyczepioną do lodówki. Chleb, kiełbasa, płyn do naczyń, coś na komary. Ta lista nigdy się nie...

„Jakie może nigdzie nie pojedziesz? ” – krzyknął Kazik, a jego głos odbił się echem od ścian kuchni. Nie wiedział tylko, że bilety do Grecji od dawna leżały schowane w jej torebce, kupione za pieniądze, które odkładała po cichu przez trzy długie lata. Sabina stała przy zlewie i patrzyła, jak Kazik odsuwa kubek z herbatą, jakby ktoś wlał mu do środka ocet zamiast cytryny.

Thumbnail

„No pięknie” – mruknął, gdy powiedziała mu o planach. „No i ty też odpoczniesz. Ja zostanę, będę łowił ryby”. Trzy lata temu tłumaczył, że nie czas na wyjazdy – trzeba było dopłacić do czynszu, wymienić lodówkę, opłacić składki wędkarskie.

Zawsze coś się znajdowało. Gdy wrócił z pracy, na stole leżała gazetka z marketu, rachunek za prąd i kartka przyczepiona magnesem do lodówki. Zobaczyła od razu – chleb, kiełbasa, woda, płyn do naczyń, ręczniki papierowe, ziemia do grządek, kawa, worki, coś na komary. Ta lista była zawsze taka sama, odkąd pamiętała.

Zmięła kartkę w ciasną kulkę i wrzuciła ją do kosza pod zlewem. Kazik nawet nie zauważył. W zeszłym roku go pogryzły komary. „Rzuć w czwartek i płyn do naczyń” – powiedział, jakby to był jej obowiązek.

„W zeszłym roku mnie tak pogryzły, że myślałem, że do przychodni pojadę”. Wzięła telefon i weszła do łazienki. „Taksówka będzie pod twoim blokiem o wół do” – powiedziała cicho do słuchawki. „I nie waż się spóźnić”.

Gdyby Kazik leciał z nią, liczyłby każdą kawę, każdą butelkę wody, każdą leżankę na plaży. Wiedziała to doskonale. Taksówka czekała przed blokiem, kiedy Kazik wyszedł z domu, niosąc wędki i wielką torbę. „No szybciej, bo nie będę przez ciebie stał na wylotówce” – rzucił, nie patrząc na nią.

Sabina wsunęła telefon do torebki, chwyciła rączkę walizki i spojrzała mu prosto w oczy bez drżenia, bez łez, bez przepraszania. „Jadę do Grecji z Klaudią”. Kazik przez chwilę patrzył na nią, jakby powiedziała coś w obcym języku. „Do Grecji?

No nie wierzę, po prostu nie wierzę” – wykrztusił. Potem odwrócił się i ruszył w stronę jeziora, z takim uporem, jakby tym wyjazdem miał udowodnić całemu światu, że Sabina nie jest mu do niczego potrzebna. Sąsiadka postawiła miskę z truskawkami na płocie. „Dobra kobieta z tej pańskiej Sabiny” – rzuciła, zanim zdążył odpowiedzieć.

Pierwszy raz przyszła mu do głowy myśl tak niewygodna, że aż się skrzywił. Ale poszedł dalej, bo w końcu zawsze tak robił. Sabina uśmiechnęła się, ale ręka sama powędrowała do telefonu. Weszła do wody powoli, ostrożnie, jakby pytała samą siebie, czy jej wolno.

Potem fala dotknęła jej kolan, łydek, brzucha, i coś w niej odpuściło. Nikt nie mówił „chodź już, bo szkoda dnia”. Dzień należał do niej. Patrzyła na zachód słońca i nagle przyszła jej do głowy myśl tak straszna, że aż wstrzymała oddech.

Co będzie, gdy wróci? Kiedy wylądowały w Katowicach, uderzyło ją chłodniejsze powietrze i gwar ludzi. „Sabina, no dałaś czadu” – powiedziała Klaudia, przytulając ją na pożegnanie. W domu było do przeżycia.

Ale bilet do nowego życia Sabina już miała w kieszeni.