Wpakuj te swoje manatki i żebym cię tu do kolacji nie widział! – ryknął Arek, a jego głos odbił się echem od ścian salonu. Mówię do ciebie po polsku. W przeciwieństwie do ciebie z tymi twoimi wiecznymi fochami żądam, żebyś natychmiast wyniosła się z mieszkania mojego ojca.

Do notariusza idziemy z mamą w przyszłym tygodniu. Masz czas do wieczora i nawet nie próbuj wynosić czegoś, co nie należy do ciebie. Każdy mebel tutaj należy do mojej rodziny. Dla lepszego efektu kopnął taboret i pomaszerował do przedpokoju.
Pobiegł do swojej Kasi, święcie przekonany, że jego upokorzona żona zaraz zacznie rwać włosy z głowy i zalewać się łzami. Nigdy nie miałam skłonności do bezsensownych histerii. Zamiast tego zadzwoniłam do pracy, biorąc dzień wolny na żądanie. Potem podeszłam do starego sekretarzyka w salonie, otworzyłam dolną szufladę i odsunęłam stos starych gazet.
Pan Janusz, mój teść, był człowiekiem trudnym, szorstkim, czasem wręcz nie do zniesienia, ale na pewno nie był głupi. Arek nie miał o tym pojęcia. Teść przyszedł wtedy do nas, wyglądając jakby w ciągu jednego dnia postarzał się o 10 lat. Powiedział, że firma budowlana tonie, że Waldek, jego wspólnik, oszukał go na ogromną sumę.
Arek wzruszył ramionami i powiedział, że to nie jego problem. Poszedł grać w piłkę z kolegami. To ja zostałam. Dotarłam do rzeczywistych przelewów, które zlecał Waldek.
Rozpisałam wszystko tak jasno i dokładnie, że obrona była nie do podważenia. Pan Janusz co prawda zamknął potem firmę, bo zdrowie i nerwy nie były już te same, ale dzięki mnie nie trafił do więzienia i nie został z długami do końca życia. Bez słowa wyjaśnienia, ale z wyrazem wdzięczności w oczach, teść zawiózł mnie prosto do kancelarii notarialnej. Miałam wtedy pełne prawo zostać współwłaścicielką tego mieszkania.
Nie chciałam wtedy o tym mówić, ale teraz nadszedł czas, by przejść do czynów. Do wieczora było jeszcze trochę czasu, ale pracy miałam co niemiara. Zarzuciłam kurtkę i zeszłam do sklepu budowlanego na parterze naszego bloku. Kupiłam najgrubsze, zielone worki na gruz.
Do pierwszego worka poleciały te idiotyczne hawajskie koszule Arka, które zakładał raz w roku na firmowego grilla w wodociągach. Do drugiego – wszystkie płyty z jego żenującymi coverami, które puszczał na pełny regulator. Halinka, jego matka, stała właśnie przed okrągłym lustrem, przymierzając wzorzystą jedwabną apaszkę i trajkocząc do przyjaciółki przez telefon. Nawet nie drgnęła, gdy weszłam.
Po co się spieszyć, skoro i tak wszystko należy do niej? Zanim jednak przejdę do tego, co wydarzyło się później, chcę wam coś powiedzieć. Kiedy Arek wrócił, wpadł do mieszkania z wielkim hukiem. Rzucił głośno: No i co?
Mam nadzieję, że nie przywłaszczasz sobie niczego, co nie należy do ciebie. Podeszłam do niego spokojnie. O, Arek, jak dobrze, że dzwonisz do mamusi. Synek wraca do mamusi.
Do reszty cię odbiło? – syknął, ale ja już wyciągałam dokumenty. Podeszłam blisko do fotela, w którym siedział. Ani grosza nie dołożyliście na prawnika, ani razu nie ruszyliście się do sądu.
To ja dotarłam do fikcyjnych przelewów tego oszusta i wyciągnęłam twojego ojca z bagna. Spółkę co prawda potem zamknął, bo zdrowie mu wysiadło, ale dzięki mnie nie trafił do więzienia i nie został z długami do końca życia. Twój ojciec nie należał do ludzi, którzy zapominają o takich rzeczach. Wszystko zostało załatwione u notariusza i wpisane do księgi wieczystej.
To mieszkanie należy do mnie. Podamy cię do sądu! – wrzasnął Arek, ale ja tylko wzruszyłam ramionami: Śmiało, idź do sądu. Kurtkę weźmiesz sam, czy mam ją wrzucić do worka?
Wróciłam do salonu, podniosłam z podłogi zgubioną przez niego skarpetkę i z obrzydzeniem cisnęłam ją prosto do kosza. A Kasia, cóż, pewnie zniknie równie szybko, gdy tylko dotrze do niej, że jej wielki spadkobierca pojawia się z workami na gruz, a nie z kluczami do luksusowego apartamentu. Poszłam do kuchni, wstawiłam wodę na herbatę i wyciągnęłam swój ulubiony kubek. Spojrzałam na gruby papier z niebieską pieczęcią, po czym schowałam go z powrotem do teczki.
Arek stał w przedpokoju, trzymając kurtkę, blady jak ściana. Może w końcu zrozumiał, z kim zadarł.


