Mogła jeszcze przespać te dwadzieścia minut, ale wybrała kawę i okno. Za szybą listopad prał szarością chodniki, a ona liczyła w myślach: brakuje niewiele, może rok spokojnego odkładania, i będą swoje. Michał wszedł do kuchni z tym swoim notesem w kratkę, usiadł naprzeciwko i powiedział: „Musisz dojść do siebie”. Ten gest – przesunięcie kartki w jej stronę – drażnił ją bardziej niż same pieniądze, bo czuła, że jej miesiąc pracy to dla niego tylko papier do przeliczenia.

Przypomniała sobie, jak po ślubie zamieszkali u Ireny, jego matki. Mieszkanie było małe, dwadzieścia kilka metrów, pachniało proszkiem do prania i smażoną cebulą. Irena od początku mówiła: „Do mnie zawsze masz dokąd wracać” – i to zdanie wisiało nad nimi jak mokry koc. Agnieszka chodziła do biblioteki na piechotę, dwadzieścia minut, odkładała po pięćdziesiąt, czasem po sto złotych, żeby w końcu mieć własny kąt.
Tamtego wieczoru Irena weszła do kuchni i zaczęła od nowa: „No i co takiego? Może przełożyłaś”. Mowa była o kremie, ale chodziło o coś innego. Agnieszka odpowiedziała cicho: „Chodziłam głodna do pracy, żeby to uzbierać”.
A Irena tylko wzruszyła ramionami i wyszła. Zaczęła nosić swój notes do kuchni, do łazienki, nawet do przedpokoju. „Czy pani zaglądała do mojej szafki? ” – zapytała Agnieszka przy kolacji.
„Do twojej szafki? ” – Irena uniosła brew. „To może schowałaś gdzie indziej”. Potem przyszło tamto piątkowe popołudnie.
Michał wrócił wcześniej, z kurtką opruszoną śniegiem, i zanim zdjął buty, powiedział: „Trzeba policzyć”. Rozłożył notes, przesunął go po stole. „Przez rok oddaliśmy ci ponad sto tysięcy”. Agnieszka poczuła, jak coś zaciska się w żołądku.
„Sto tysięcy? Na rybie i serze nie znika sto tysięcy”. Irena odwróciła twarz do okna. Wtedy Michał zrobił krok do przodu i powiedział: „Spakujesz rzeczy i wrócisz do Radomia dzisiaj”.
Nie pojechali do Radomia. Pojechali do Antoniny, jej matki. Było ciasno, ale czysto. Przy kolacji ktoś powiedział „No to za zdrowie”, a Irena odpowiedziała: „No widzisz, a człowiek dalej nie umie siedzieć bez roboty”.
Agnieszka patrzyła, jak jej teściowa wyciera blat, i nagle zrozumiała, że sto tysięcy to nie były pieniądze. To była wierność. A Irena przez całe życie oddawała do lombardu albo sprzedawała to, co miała najcenniejsze – zaufanie. Tydzień później dostali telefon.
Irenę zabrano do szpitala. Michał pojechał, siedział przy jej łóżku, ale nie usiadł. „Do nas jej nie zabiorę” – powiedział później do Agnieszki. A ona pomyślała o tych kolczykach, które poszły do lombardu, i o tym, że niektórych rzeczy nie oddaje się z powrotem, nawet jeśli się je wykupi.
Wracali do domu prawie bez rozmowy. Reklama w radiu zachwalała proszek do prania. Sąsiadce Michał zostawił numer do agencji i do lekarza. Wieczorem Agnieszka podeszła do okna i powiedziała: „Szansę na powrót do naszego domu?
” – a on tylko przytulił ją mocno. Lampki w salonie były najtańsze, ale świeciły ciepło. Każdy grosz przybliżał ich do własnych drzwi.
Ale kiedy zasypiała, widziała twarz Ireny odwróconą do okna, i wiedziała, że pewne długi nie mają ceny.


