Ciężkie dębowe drzwi otworzyły się z charakterystycznym skrzypieniem. Do sali wszedł on – Franciszek Bielski. Zofia poczuła, jak krew uderza jej do policzków. Paweł, kierownik sali, natychmiast podbiegł do niego z uniżonym uśmiechem, gotów spełnić każdą zachciankę.

Zofia zacisnęła dłonie. To nie dawało mu prawa do bycia chamem. Westchnęła i podeszła do jego stolika, udając, że serce nie wali jej jak młotem. Nagle Bielski zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów i wyciągnął wizytówkę.
– Proszę do mnie zadzwonić jutro rano. Moja firma szuka stażystów do nowego projektu Centrum Kulturalnego – powiedział. Zofia spojrzała na niego z niedowierzaniem. A co z Pawłem?
Ten tylko spuścił wzrok. Zofia wzięła wizytówkę, ale w myślach już wiedziała, że coś tu nie gra. Następnego dnia, zamiast do biura, Zofia pojechała do metra. W wagonie ściskała wizytówkę w kieszeni płaszcza.
Gdy w końcu wybrała numer, głos w słuchawce należał do kobiety o tonie tak profesjonalnym i chłodnym, że Zofia poczuła nagły skurcz w gardle. Szybkie kroki, drogie perfumy, telefony przyklejone do uszu – tak wyglądał świat Bielskiego. Franciszek odwrócił się do niej, gdy weszła do biura. – Nikodem będzie panią męczył, gonił do najgorszej roboty i prawdopodobnie sprawi, że będzie pani chciała wrócić do roznoszenia zupy – powiedział z ironicznym uśmiechem.
Bez słowa wsiadł do samochodu i odjechał, a spod kół poleciały drobne kamyki. Zofia wróciła do domu zmęczona i zdezorientowana. Gdy dotarła do drzwi, zamarła. Były uchylone.
Zawołała drżącym głosem, ale nikt nie odpowiedział. Nagle ktoś wciągnął ją do środka i zatrzasnął drzwi. Poczuła, jak napastnik przyciska ją do ściany. – Co tu robisz?
– wykrztusiła. Zamiast na policję, zadzwoniła do Nikodema. – Będę za 20 minut – usłyszała w słuchawce. Nikodem kazał jej spakować najważniejsze rzeczy i przenieść się do jednego z apartamentów należących do funduszu bielskiego.
Następnego dnia w biurze drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka wszedł Franciszek Bielski. – Do mojego gabinetu – rzucił krótko. Zofia poczuła, jak krew uderza jej do głowy.
Weszła za nim. Podeszła do regału, o którym wspominała Martyna. W środku leżały dokumenty. – Kto stworzył system, w którym ja byłem tylko zderzakiem?
– zapytała cicho. Bielski nie odpowiedział. Zofia zacisnęła zęby. – Nie do Bielskiego, nie na policję.
Idź do prasy – powiedziała do siebie. Zeszła do piwnic, tam gdzie znajdowały się przejścia techniczne do sąsiednich budynków. Miała 20 nieodebranych połączeń od Nikodema i jedno od Franciszka. Nie pójdzie do biura, nie wróci do apartamentu bielskiego.
Bo ja też mam swoje rachunki do wyrównania – pomyślała. Te same oszczędności, te same łapówki, to samo ryzyko ludzkiego życia. Zamiast do biura pojechali do małego zadymionego mieszkania na Mokotowie, gdzie mieszkał zaprzyjaźniony z Nikodemem dziennikarz śledczy. To był skrupulatnie zaplanowany system wyprowadzania pieniędzy przez fikcyjne firmy podwykonawcze, z których każda prowadziła prosto do prywatnych kont Franciszka Bielskiego.
Zofia podeszła do podestu i wyciągnęła dowody. – To na to, co stało się 20 lat temu na budowie, którą pan nadzorował – powiedziała. Pana garnitur za 20 000 zł nie zdoła ukryć tego, jak bardzo jest pan mały.


