Obudziłam się o szóstej rano, jak zawsze. Przygotowałam kanapki dla dzieci do szkoły, a potem zadzwoniłam do Marzeny Kowalik, sąsiadki z bloku naprzeciwko. Znamy się od prawie dwudziestu lat. Gdy weszła do mojego mieszkania i spojrzała na mnie, zbladła.

Wypełniały pustkę, która bez nich byłaby nie do zniesienia. Wzięłam telefon i zadzwoniłam do Sławka. – Sławek, słuchaj, trafiłam do szpitala. Jedziemy do twojego domu w Krasnobrodziu, żeby trochę odpocząć.
Zadzwonię do ciebie wieczorem. – Po Sławku zadzwoniłam do Renaty. – Słuchaj, właśnie się pakujemy z Markiem i dziećmi na weekend do twojego domu wakacyjnego. Możemy wpaść do ciebie w poniedziałek, jak wrócimy.
– Mój taras, moje fotele ogrodowe, które sama wybrałam w sklepie ogrodniczym w Zamościu, za 380 złotych każdy, i sama ciągałam do samochodu. Leżałam i patrzyłam na to wszystko z oddaleniem, jakby ten widok za szybą należał do innego świata. Usiadła przy moim łóżku i przez chwilę nic nie mówiła, tylko nalewała zupę do kubka. Piła wino i uśmiechała się do aparatu.
– Masz numer do mecenasa Jabłońskiego? – zapytałam. – Zadzwonię do niego zaraz jak wyjdę. Mam ważną sprawę do omówienia i nie chcę czekać za długo.
Łącznie, według szacunków z tamtego roku, około 650, może 700 000 złotych. 700 000 złotych, na które pracowałam przez całe życie, które odkładałam grosz do grosza, rezygnując z wakacji za granicą, z nowych mebli, z setek małych przyjemności, które sobie odmawiałam, myśląc: „Damy radę bez tego”. Przez lata traktowałam go jak wspólne dobro rodziny, jak coś, co należy do nas wszystkich. – Mamo, zadzwoń do nas teraz, proszę.
– Zadzwoń do nas teraz, proszę. – Odłożyłam telefon na metalowy stolik przy łóżku ekranem do dołu. Kiedy Sławek stracił pracę w 2019 roku, przelałam mu 100 000 złotych bez słowa, bez pytania o powód, bez żadnych warunków. – Jestem do pani dyspozycji.
Zadzwonię do niego dzisiaj po pani wizycie. A co do testamentu, jakie są pani życzenia? – Jeszcze tego samego popołudnia zadzwoniłam do Henryka. 480 000 złotych.
Kawa w automatycznym ekspresie, z której nie zdążyłam wypić, zanim tamtego ranka zadzwoniłam do Marzeny. Nie wiedział, że już wróciłam do domu. Jabłoński zadzwonił do mnie tego popołudnia. – Pieniądze na pani koncie: 480 000 złotych, zgodnie z umową.
Dziękuję, mecenasie, za wszystko. – Sławek zadzwonił do mnie trzy minuty po tej rozmowie. Był też jeden wieczór, jakieś dwa tygodnie po tej rozmowie, kiedy Renata przyszła do mnie bez zapowiedzi. Wzięłam z pieniędzy ze sprzedaży 35 000 złotych i pojechałam z Marzeną na trzy tygodnie do Włoch, do Rzymu.
– Oddzwonię jutro – powiedziałam do Marzeny. A ona uśmiechnęła się do mnie przez stół tak ciepło i po prostu, jak potrafią uśmiechać się tylko prawdziwi przyjaciele.


