Przez długi czas powtarzałam sobie, że to tylko ostrożność. Coś, czego nie da się łatwo nazwać jednym słowem. Wszystko działo się cicho, z uśmiechem przyklejonym do twarzy. A ciosy, bo były ciosy, naprawdę bolały.

Genowefa miała tę umiejętność doprowadzoną do perfekcji. Tego dnia liście były mokre po porannym deszczu, przyklejone do chodnika jak strony zapomnianych gazet. Czułam zapach asfaltu i czegoś słodkiego z piekarni, do której wchodziłam po bagietki na rogu Marszałkowskiej. Teściowa nigdy nie dzwoniła do mnie bezpośrednio.
Zawsze przez pośrednika. „Ma dla ciebie coś do oddania


