„Przelej mi 150 zł szybko. Zaraz przepadnie mi subskrypcja inteligentnej szczoteczki do zębów. ” – Paweł wpadł do kuchni z miną człowieka, od którego decyzji zależy co najmniej powodzenie misji kosmicznej, a nie stan jego własnych zębów. Nie przywitał się, nie zapytał, jak Katarzyna spała.

W jednej ręce trzymał telefon, w drugiej kubek z kawą, która już dawno wystygła. Katarzyna znieruchomiała nad skwierczącą patelnią. Cebula właśnie zaczynała się szklić. Od trzech miesięcy odkładała na nową pralkę.
Najwyraźniej jednak domowy budżet miał pilniejsze zadanie – ratować inteligentną higienę jamy ustnej Pawła. – Jaka, przepraszam, szczoteczka? – zapytała ostrożnie, odkładając łopatkę na spodek. – Łączy się przez Bluetooth z telefonem i robi wykres szczotkowania zębów – odpowiedział z niecierpliwością.
– Kasia, nie ociągaj się. Już kliknąłem w aplikacji „Zapłać”, ale płatność została odrzucona. Potrząsnął jej przed nosem drogim smartfonem, kupionym na raty, które Katarzyna spłacała ze swoich premii. Paweł zarabiał całkiem nieźle, przynajmniej na papierze.
W praktyce jego wypłata znikała drugiego dnia po wpływie, rozpływając się między sklepami internetowymi, promocjami i urządzeniami, o których istnieniu Katarzyna dowiadywała się dopiero wtedy, gdy kurier dzwonił do drzwi. Każdy zakup był oczywiście niezbędny. Kiedy kupował automatyczny otwieracz do puszek, tłumaczył, ile minut życia człowiek traci na ręczne kręcenie zwykłym otwieraczem. Kiedy zamawiał elektroniczny budzik imitujący wschód słońca, zapewniał, że jego produktywność wzrośnie co najmniej o 40%.
Kiedy w domu pojawiał się kolejny gadżet, obowiązkowo padało słowo „inwestycja”. Katarzynie zaczynała już drgać powieka na sam jego dźwięk. W zeszłym miesiącu inwestycją okazał się hydroponiczny zestaw do uprawy mikrolistów na parapecie. Paweł przez trzy wieczory oglądał filmy o zdrowym odżywianiu, uroczyście wysypał nasiona, ustawił tryb oświetlenia i pobrał specjalną aplikację.
Trzeciego dnia wszystko zgniło. Przez mieszkanie rozszedł się zapach stojącej wody. Katarzyna przez tydzień szorowała parapet, a Paweł orzekł z powagą: „To nie wina sprzętu. Mamy niewłaściwy mikroklimat pomieszczenia”.
Wcześniej kupił hełm do masażu głowy. Kiedy go zakładał, wyglądał jak gigantyczna, zmutowana mucha i straszył dzieci sąsiadów. Hełm brzęczał, migał czerwonymi lampkami i od czasu do czasu kobiecym głosem wydawał polecenia po angielsku. Paweł zapewniał, że po 10 minutach czuje niezwykłą jasność umysłu.
Katarzyna zauważała tylko jedno: tej jasności nigdy nie wystarczało, żeby samodzielnie zapłacić ratę za urządzenie. Jeszcze wcześniej przyjechał zestaw japońskich kamieni do medytacji Zen Balance. To akurat okazało się najbardziej praktycznym zakupem. Bazyli, ich kot przybłęda, uznał kamienie za nowy rodzaj żwirku i urządził sobie w nich kuwetę.
Paweł obraził się wtedy śmiertelnie i przez dwa dni nazywał kota barbarzyńcą pozbawionym wyczucia wschodniej filozofii. Bazyli nie przejął się oskarżeniami i dalej korzystał z filozofii dokładnie według własnych potrzeb. – Inteligentna szczoteczka, powiadasz? – Katarzyna wytarła ręce w ściereczkę.
– A to nic, że mamy zaległość za czynsz i rachunki i że Bazyli kończy ostatnią paczkę karmy? Poprzedniego wieczoru siedziała przy stole z kalkulatorem i notesem. Rozpisywała wydatki do końca miesiąca. W osobnej rubryce miała zapisane jedno słowo: pralka.
Stara maszyna od kilku tygodni przy wirowaniu tłukła tak, jakby ktoś wsypał do bębna cegły. Fachowiec, który przyszedł miesiąc temu, posłuchał łomotu, przykucnął, zajrzał pod obudowę i w końcu wyprostował plecy: „Pani już w nią nie wkłada pieniędzy. Tu właściwie nie ma czego ratować”. – Rachunki mogą poczekać – machnął ręką Paweł, nerwowo stukając palcem w ekran.
– A twojemu kotu w ogóle szkodzi tyle żreć? Już się ledwo w drzwiach mieści. Dawaj, sam zrobię przelew z twojej karty. Bazyli, jakby rozpoznał własne imię, podniósł głowę z kuchennego krzesła i popatrzył na Pawła.
Katarzyna zauważyła sucho: „Kot przynajmniej niczego nie kupuje na raty”. Paweł albo nie usłyszał, albo uznał, że odpowiedź nie zasługuje na reakcję. Wyciągnął rękę w stronę torebki Katarzyny wiszącej na oparciu krzesła. Ten gest był tak pewny i zwyczajny, jakby sięgał po własny portfel.
Katarzyna popatrzyła na jego dłoń i tym razem coś zrobiła, zanim zdążyła zacząć się zastanawiać, czy warto wywoływać kłótnię o 150 zł. Przez długi czas właśnie tak sobie tłumaczyła każdy kolejny przypadek: „No dobrze, zamówił głupotę. No dobrze, wydał za dużo. No dobrze, obiecał oddać po wypłacie”.
Każda rzecz z osobna wydawała się zbyt mała, żeby robić o nią wielką awanturę. Dopiero teraz zobaczyła te wszystkie „no dobrze” obok siebie. Przypomniała sobie, jak tydzień wcześniej odłożyła w sklepie paczkę dobrej kawy, bo uznała, że może pić tańszą. Jak zrezygnowała z nowych zimowych kozaków i zaniosła stare do szewca.
Jak od dwóch miesięcy nie była u fryzjera, bo przecież teraz nie czas na wydatki. – Dość – powiedziała cicho. Zabrała torebkę sprzed jego nosa, wyjęła portfel, wysunęła kartę płatniczą, obróciła ją raz w palcach i wsunęła głęboko do wewnętrznej kieszeni dżinsów. – Nie, Pawle, koniec z przelewami.
Moja pensja to moja pensja, twoja to twoja. Chcesz inteligentną szczoteczkę? Idź rozładowywać ciężarówki albo czyść zęby patykiem, jak robili to twoi dalecy przodkowie. Paweł otworzył usta, zamknął.
Popatrzył na schowaną kartę, potem na Katarzynę. Przesunął kubek z jednej dłoni do drugiej i przez chwilę wyglądał, jakby próbował znaleźć argument, którego jeszcze przed chwilą nie uważał za potrzebny. – Ale rozumiesz, że promocja się kończy? – Przeżyję.
– Potem subskrypcja będzie droższa. – Pawle, postaram się jakoś udźwignąć te tragedie. Od początku ich niedługiego małżeństwa niemal niezauważalnie ustalił się osobliwy porządek. Pieniądze Pawła służyły „inwestowaniu w jakość życia”, a pieniądze Katarzyny – płaceniu za makaron, papier toaletowy, proszek do prania, czynsz i wszystko to, bez czego mieszkanie przestaje być domem.
Na początku nawet nie zwróciła na to uwagi. Paweł poprosił, żeby zapłaciła za zakupy. Zdarza się. Potem zaproponował, żeby to ona opłaciła czynsz i rachunki, bo jego pieniądze „teraz pracują”.
Później poprosił o ratę za telefon. Następnym razem zapewniał, że wszystko odda po premii. Premie rzeczywiście przychodziły, tyle że zamiast wracać na konto Katarzyny, zmieniały się w nowe słuchawki, ubrania, gadżety i subskrypcje, a codzienny koszt wspólnego życia nadal zostawał na jej głowie. – Ty, czego ty właściwie zaczynasz?
– Paweł opuścił telefon i zrobił minę obrażonego chłopca. – Jesteśmy rodziną. Mamy wspólny budżet. Katarzyna aż odwróciła głowę w jego stronę.
– Wspólny budżet skończył się wczoraj w supermarkecie, kiedy przy kasie liczyłam drobne na chleb, bo ktoś zamówił sobie świecące sznurówki do butów sportowych. Tamten wieczór pamiętała bardzo dobrze. Za nią stała kolejka. W koszyku miała chleb, mleko, dziesięć jajek i paczkę kaszy gryczanej.
Kiedy terminal odrzucił pierwszą próbę płatności, poczuła gorąco na twarzy. Musiałaby odłożyć jeden z produktów, więc zaczęła wygrzebywać z portfela monety. Słyszała za plecami czyjeś zniecierpliwione westchnienie. Wróciła do domu, a Paweł z zachwytem prezentował nowe sznurówki, których kolor można było zmieniać za pomocą aplikacji.
– One są dla bezpieczeństwa, tak w ogóle – mruknął, spuszczając wzrok. – Oczywiście. Jeszcze ktoś mógłby cię po ciemku nie zauważyć, kiedy idziesz kupować kolejną bzdurę. – To już jest wyśmiewanie się.
– Idź do pracy i zamknij za sobą drzwi, bo ciągnie. Paweł wycofał się do sypialni z miną człowieka głęboko dotkniętego brakiem zrozumienia dla własnej wizji rozwoju. Przez następne dwa dni prowadził demonstracyjną zimną wojnę. Przeglądał sklepy internetowe przy Katarzynie, choć niczego nie mógł już kupić za jej pieniądze.
Żywił się niemal wyłącznie kanapkami z mortadelą, którą wcześniej kupiła ona. Mijał żonę z kamienną twarzą, głośno wzdychał. Czasami specjalnie podgłaśniał telefon, żeby Katarzyna usłyszała reklamy nowego urządzenia. Katarzyna natomiast przełożyła oszczędności w inne miejsce, rozłożyła gotówkę do kopert.
Na pierwszej napisała „czynsz i rachunki”, na drugiej „jedzenie”, na trzeciej „pralka”. Kwoty nie były imponujące, ale po raz pierwszy od dawna wiedziała dokładnie, gdzie leżą jej pieniądze i na co zostaną wydane. Bazyli również zdawał się zauważać zmiany nastroju w mieszkaniu. Zaczął patrzeć na Pawła z miną jeszcze bardziej wyniosłą niż zwykle, a nowe domowe kapcie męża uznał za doskonałe miejsce do ostrzenia pazurów.
Problem zjawił się w sobotę rano, bez zapowiedzi. Katarzyna stała przy kuchence i gotowała zupę zwyczajną z tego, co udało się znaleźć w lodówce. Pół kurczaka, ziemniaki, marchewka, makaron w gwiazdki, trochę czosnku i koperku dla zapachu. Bazyli spał na lodówce, zwieszając puszysty ogon między tanimi magnesami.
Dzwonek do drzwi zabrzmiał krótko i natarczywie. Paweł pobiegł otworzyć. Katarzyna usłyszała szczęk zamka, potem krótką ciszę, a następnie głos Pawła, nagle znacznie bardziej przytomny niż kilka sekund wcześniej:
– Mamo, skąd ty się tutaj wzięłaś? Dlaczego nie uprzedziłaś?
– A teraz mam brać pisemne pozwolenie, żeby odwiedzić własnego syna? – z przedpokoju dobiegł mocny, pewny kontralt. Maria Kowalska, teściowa Katarzyny, stała pośrodku przedpokoju. W obu dłoniach trzymała dwie wielkie kraciaste torby.
Miała na sobie porządny wełniany płaszcz, a na głowie starannie zawiązaną chustkę. Wyglądała raczej jakby właśnie weszła do pomieszczenia, w którym zamierza sprawdzić, czy wszystko działa tak, jak powinno. – Dzień dobry, pani Mario. Co panią do nas sprowadza?
– zapytała Katarzyna. – Trafiła się okazja – odparła teściowa, pochylając się, żeby zdjąć kozaki. – Siostra trafiła do szpitala. Jadę ją odwiedzić, ale pomyślałam, że do was też wpadnę na parę dni.
Nie wyrzucicie mnie? Maria ruszyła w stronę kuchni. Nie rozglądała się ostentacyjnie, a jednak po drodze zdążyła zobaczyć pudła stojące w korytarzu, usłyszeć ciężkie uderzenie pralki w łazience i rzucić okiem na stos nieopłaconych rachunków na półce. Kiedy weszła do kuchni, podeszła do garnka i uniosła pokrywkę.
– Co to jest? – zapytała surowo. – Zupa z kurczaka – odpowiedziała Katarzyna, a ramiona odruchowo jej się napięły. Maria wzięła łyżkę, nabrała trochę wywaru i przyjrzała się nielicznym włóknom kurczaka oraz gwiazdkom makaronu.
– Tym to można najwyżej sikorki zimą karmić. Co, Katarzyno? Nie lubimy gotować czy czasu brakuje? Paweł, stojący w drzwiach kuchni, natychmiast się wyprostował.
Na jego twarzy pojawiło się niemal dziecięce zadowolenie. Wszystko wracało na właściwe tory. – No właśnie, mamo – odezwał się żałośnie. – Kasia całkiem zaniedbała dom.
Ja pracuję i pracuję, a tutaj nawet nie ma co zjeść. Katarzyna bardzo powoli odwróciła głowę w jego stronę. – Ty mówisz poważnie? Paweł udał, że nie słyszy.
Przez głowę Katarzyny przemknęło kilka odpowiedzi naraz. Mogła opowiedzieć Marii wszystko: o ratach, o świecących sznurówkach, o mikrolistkach, które zgniły na parapecie, o hełmie, o kamieniach Zen Balance, o smartfonie, o wczorajszej inteligentnej szczoteczce, o rachunkach, o pralce. Ale nie powiedziała nic. Nagle ciekawsze wydało jej się coś innego.
Chciała zobaczyć, jak daleko Paweł posunie się sam, jeśli nikt mu nie przerwie. Maria Kowalska podeszła do lodówki i otworzyła drzwi. Białe wnętrze lśniło czystością i pustką. Przy tylnej ściance leżał kawałek niedrogiego sera, obok pół kawałka mortadeli.
Na jednej z półek stała puszka kociego pasztetu. W drzwiach musztarda, trochę majonezu i otwarta butelka wody. – A dlaczego lodówka jest pusta? – zapytała w końcu, mrużąc oczy.
– Przecież mówię, mamo – natychmiast podchwycił Paweł. – Ona nie ma czasu ani zrobić zakupów, ani ugotować. Ja jestem cały w pracy. Procesy biznesowe, rozumiesz, negocjacje.
Katarzyna przygryzła wargę. Procesy biznesowe. W czwartek ten sam człowiek przez dwie godziny porównywał w sklepie internetowym podstawki pod telefon, bo nie potrafił zdecydować, czy potrzebuje modelu z chłodzeniem. Maria tymczasem jeszcze raz przesunęła wzrokiem po kuchni i nagle zatrzymała go na urządzeniu stojącym w rogu.
– Pawle, a co to za wielkie ustrojstwo tam świeci? Twarz syna od razu się ożywiła. – A to oczyszczacz powietrza z funkcją jonizacji i odtwarzaniem śpiewu wielorybów. Bardzo przydatna rzecz dla mikroklimatu.
Kosztował 1500 zł. Urządzenie jakby czekało właśnie na tę chwilę – cicho zabuczało i z wbudowanego głośnika popłynął przeciągły jęk ogromnego morskiego zwierzęcia. Maria Kowalska powoli odwróciła głowę w stronę syna. – 1500?
– No tak, ma specjalne filtry. Wyłapuje cząsteczki. Maria spojrzała na oczyszczacz, potem na garnek ze skromną zupą. Następnie na Katarzynę stojącą przy kuchence w starych domowych spodniach i spranym t-shircie.
Na końcu przeniosła wzrok na Pawła. Miał na sobie nowiutką bluzę. Katarzyna dobrze pamiętała jej cenę – kosztowała mniej więcej tyle, co połowa ich miesięcznego czynszu. Maria patrzyła na syna o kilka sekund dłużej, niż było to potrzebne.
Potem prychnęła pod nosem, odsunęła krzesło i usiadła przy stole. – Dobrze, jestem głodna po podróży. Zupa to zupa. Nalewaj, Katarzyno, już.
Katarzyna sięgnęła do szafki po głęboki talerz. Paweł został w drzwiach. Jeszcze przed chwilą czekał, aż matka potwierdzi jego wersję. Teraz patrzył, jak Maria bez dalszych uwag zabiera się do zupy.
Znał ją wystarczająco dobrze, żeby rozpoznać tę krótką ciszę. Jeśli czegoś nie komentowała od razu, zwykle znaczyło to, że najpierw chciała przyjrzeć się sprawie dokładniej. – Nie mam żadnej zupy – wyprostował się nagle. – Jesteś po podróży zmęczona.
Zaraz wszystko załatwię. Niedaleko mamy restaurację Morska Perła. Mają takie owoce morza, że palce lizać. Zaraz wszystko zamówię.
Katarzyna odwróciła się od szafki. – Pawle, nie trzeba. Nawet na nią nie spojrzał. – Sam sobie poradzę.
Katarzyna przez moment patrzyła na jego plecy. Słowa „sam sobie poradzę” zabrzmiały w jego ustach tak niezwykle, że prawie parsknęła śmiechem. Paweł odwrócił się szybko na pięcie i wyszedł do pokoju, już z telefonem w dłoni. Katarzyna postawiła przed Marią głęboki talerz i nalała jej zupy, dołożyła kromki razowego chleba.
– Proszę jeść, pani Mario. Gotowałam dzisiaj. – Dziękuję, córciu. Maria Kowalska nabrała łyżkę zupy, spróbowała, sięgnęła po solniczkę i dosypała odrobinę soli.
Potem zjadła drugą łyżkę, już bez poprawiania smaku. – Normalna zupa, dobra nawet. O co on się tak czepiał? – Nie wiem.
Maria przez chwilę przyglądała jej się znad talerza. – Wiesz, tylko na razie nie chcesz mówić. Nie naciskała. Zerknęła pod stół i skinęła głową w stronę Bazylego, który właśnie zeskoczył z lodówki i zaczął ocierać się o jej nogę.
– A kota macie porządnego? – Bazyli jest dobry, mądry. W przeciwieństwie do niektórych nie prosi o cudze pieniądze – zauważyła Katarzyna równym tonem. Maria podniosła na nią wzrok.
Przez krótką chwilę nie było wiadomo, czy zapyta wprost. Ale tylko sięgnęła po chleb i zaczęła opowiadać o sadzonkach pomidorów i kurach sąsiadki Zofii. Katarzyna słuchała, kiwała głową, ale myślami wracała do Pawła. Za co on właściwie zamierzał zamówić tę ucztę?
Wczoraj zostało mu na koncie 15 zł. Wiedziała to na pewno. Nagle przypomniała sobie o torebce, którą zostawiła na pufie w przedpokoju. W środku leżała nowa karta do konta oszczędnościowego.
Paweł nie znał kodu PIN, ale do płatności internetowej nie był mu potrzebny. Wystarczyłoby, żeby wziął kartę do ręki i przepisał dane. – Przepraszam na chwilę – przerwała Marii. Wstała i wyszła z kuchni.
Torebka stała na pufie dokładnie tam, gdzie ją zostawiła. Otworzyła portfel. Karta była na miejscu. Odetchnęła, ale zamiast wsunąć ją z powrotem, wyjęła ją i schowała do kieszeni domowych spodni.
W tym samym czasie Paweł leżał na łóżku w sypialni i gorączkowo przewijał menu w aplikacji do zamawiania jedzenia. Marszczył czoło z taką powagą, jakby nie wybierał kolacji, tylko układał rodzinny budżet na cały następny rok. – Dobra, jesiotr pieczony z ziołami. 90 zł za porcję.
Trzy porcje. Jak szaleć, to szaleć – mruknął i dodał sałatkę z krewetkami, grzanki, sos czosnkowy i tatar. Spojrzał na podsumowanie. Razem 425 zł.
Przez sekundę znieruchomiał. Kwota była na tyle duża, że nawet Pawłowi zrobiło się nieswojo. Ale zaraz wyobraził sobie restauracyjne pojemniki na stole, matkę patrzącą na luksusową rybę i siebie mówiącego niedbale: „Daj spokój, mamo, dla ciebie niczego mi nie szkoda”. Ten obraz spodobał mu się znacznie bardziej niż liczba na ekranie.
Nacisnął „zamów”. Płatność miała nastąpić przy odbiorze kartą w terminalu. Drobny problem polegał na tym, że nie miał czym zapłacić. Nie przejął się nim szczególnie.
W najgorszym razie Katarzyna zapłaci. Ponarzeka, może zrobi tę swoją minę, ale przecież przy matce nie urządzi awantury. Minęło 40 minut. Maria Kowalska zjadła zupę do końca i pochwaliła ją jeszcze raz, co dla Katarzyny było prawie większym zaskoczeniem niż sama wizyta.
Potem teściowa sama umyła talerz, podwinęła rękawy i opłukała go w zlewie. – A mój syn od kiedy taki wybredny? – zapytała. Katarzyna tylko wzruszyła ramionami.
Wtedy zadzwonił domofon. Paweł wypadł z sypialni z taką prędkością, jakby ktoś wystrzelił go z pokoju. – Ja otworzę, to dostawa. Mamo, Kasia, idźcie do pokoju nakrywać do stołu.
Zaraz będzie niespodzianka. Po trzech minutach ktoś zapukał do drzwi. Na progu stał potężny rumiany kurier w żółtej kurtce. Z wnętrza termosu wydobywał się zapach tak intensywny, że Bazyli, który jeszcze chwilę wcześniej drzemał na lodówce, znalazł się w przedpokoju niemal natychmiast.
– Dostawa z restauracji Morska Perła – oznajmił kurier basem i wyładował na szafkę trzy ciężkie torby z firmowym logo. – Jesiotr po królewsku, trzy porcje: sałatki, sosy. Do zapłaty 427 zł i 50 gr. Płatność kartą.
Katarzyna powoli przeniosła wzrok na męża. Paweł wsunął ręce do kieszeni domowych spodni i przyjął minę człowieka, który ma wszystko pod kontrolą. – Kasiu, zapłać – rzucił swobodnie. – Na mojej karcie, tej z głównymi środkami, przekroczony jest limit.
Daj swoją. Katarzyna przez kilka sekund po prostu na niego patrzyła. No proszę, „ja wszystko załatwię, sam zamówię, niespodzianka”. A płacić znowu miała ona.
– Ja żadnego jesiotra nie zamawiałam – powiedziała spokojnie. Paweł wyraźnie się zmieszał. Liczył na żonę zawstydzoną obecnością matki, na jej niechęć do robienia sceny przy obcym człowieku. Tym razem nie wyciągnęła niczego.
– Odsuń się. Nie widzisz, że mama przyjechała głodna? – syknął i zupełnie odruchowo wsunął rękę do torebki Katarzyny. Palce trafiły w pustkę.
Na dnie zaszeleścił tylko samotny paragon. Paweł poczerwieniał, zaczął grzebać głębiej. Na szafkę wypadły szminki, klucze i paczka chusteczek. – Gdzie jest karta?
– rzucił złowrogim szeptem. – Kasia, nie kompromituj mnie, to przelej pieniądze. Przecież wczoraj dostałaś wypłatę. Katarzyna skrzyżowała ręce na piersi.
– Ja cię kompromituję? Pawle, ty jesteś przy zdrowych zmysłach. Zamówiłeś ucztę za kwotę, za którą można kupić jedzenie na tydzień. Nie mam takich pieniędzy na fanaberię.
Odkładam na pralkę, bo nasza niedługo przebije ścianę do sąsiadów. Płać sam. Jakby pralka usłyszała, że o niej mówią, z łazienki dobiegł głuchy łomot. Raz, potem drugi.
Wszyscy zamilkli na sekundę. Nawet kurier odwrócił głowę w stronę łazienki. – No właśnie, słyszysz? – wskazała brodą korytarz.
– Nie, teraz będziemy omawiać pralkę – wycedził Paweł. Kurier, który najwyraźniej zorientował się już, że trafił w sam środek rodzinnej awantury, przyciągnął torby bliżej siebie. – To jak będzie z płatnością, proszę pana? – Chwileczkę, kolego – zaczął Paweł.
– Zaraz żona zapłaci. Kasia, przestań robić ten cyrk. Co mama sobie pomyśli? – Pomyśli, że jej syn jest idiotą, który żyje cudzym kosztem – odpowiedziała Katarzyna.
– Proszę zabrać rybę. Płatności nie będzie. Kurier zmarszczył brwi. – Nie, gdzie ja ją mam zabrać?
Ryba jest gorąca. Została przygotowana na konkretne zamówienie. Kuchnia jej z powrotem nie przyjmie. To pójdzie do strat.
Jeśli pan nie zapłaci, zadzwonię na policję i zgłoszę próbę wyłudzenia. Paweł pobladł. – Jaka policja? Po co od razu policja?
– Dzwonię po patrol – oznajmił kurier rzeczowo i wyjął telefon. Paweł aż się wyprostował. – Niech pan zaczeka. Zaraz to rozwiążemy.
Przecież człowiek powiedział, że rozwiążemy. Katarzyna spojrzała na niego. – Jaki człowiek? – Ty nie zaczynaj.
– Ja właśnie skończyłam. Stała w miejscu i po prostu patrzyła. Jeszcze kilka dni wcześniej zapewne zapłaciłaby tylko po to, żeby kurier sobie poszedł. Teraz po raz pierwszy chciała zobaczyć, co zrobi dorosły mężczyzna, kiedy nikt nie wyciągnie go z kłopotu, który sam sobie przygotował.
Wtedy z kuchni wyszła Maria Kowalska. Nie spieszyła się. Stanęła w przedpokoju i po kolei przyjrzała się wszystkim: potężnemu kurierowi, torbom z jedzeniem, purpurowemu Pawłowi skulonemu przy wieszaku. Na końcu spojrzała na Katarzynę.
– Co za hałas, a bójki nie ma? – zapytała spokojnie. – Mamo, bo tu taka sprawa – zaczął Paweł. – Po prostu terminal nie przyjmuje karty i…
Katarzyna uniosła brwi.
Nawet teraz, zapędzony w kąt, nie potrafił powiedzieć najprostszego zdania: „Nie mam pieniędzy”. Kurier najwyraźniej uznał, że pojawił się ktoś, kto wreszcie podejmie decyzję. – 427 zł i 50 groszy do zapłaty. W przeciwnym razie policja.
Maria spojrzała na syna. – Ty zamawiałeś? – No ja. – Masz pieniądze?
Paweł zawahał się. Wszyscy i tak znali odpowiedź. – Myślałem, że Kasia…
– Jasne. Maria postukała palcem o fartuch, jakby przez moment liczyła coś w głowie.
Potem wsunęła dłoń do kieszeni spódnicy, wyjęła wysłużony brązowy portfel, a z niego kartę do konta, na które wpływała jej emerytura. Katarzyna natychmiast zrobiła krok w jej stronę. – Pani Mario, proszę tego nie robić. Maria zerknęła na nią krótko.
– Katarzyno, schowaj swoje pieniądze. Kurier tu nie będzie stał półwieczoru przez pomysły mojego syna. Z Pawłem rozliczę się za chwilę. – Ale to pani pieniądze.
– Wiem i będę pamiętała co do grosza, ile mnie ten jego elegancki obiad kosztował. Paweł nagle odzyskał głos. – Mamo, nie musi pani – spróbował złapać matkę za rękę. Maria cofnęła ją i zmarszczyła brwi.
– Pawle, nie łap mnie. Sam zamówiłeś. Teraz przynajmniej nie przeszkadzaj. Wyciągnęła kartę przed siebie i zapłaciła.
Kurier wyraźnie odetchnął, schował terminal, życzył smacznego i wyszedł. Zamek kliknął. W przedpokoju zrobiło się cicho. Maria spojrzała na Katarzynę.
– No co tak stoisz? Zanieś rybę na stół, zanim wystygnie. – Może oddam pani pieniądze? – Nie, nie teraz.
Ale najpierw niech ten, kto narobił bałaganu, wyjaśni mi, co właściwie zamierzał zrobić, gdyby kurier przyjechał 5 minut wcześniej. Katarzyna zawahała się, po czym wzięła torby. Maria odwróciła się do syna. – A ty chodź do kuchni i nie kombinuj po drodze z żadną nową wersją.
Paweł drgnął. Najgorsze, jak mu się wydawało, już minęło. Kurier odszedł, policja nie przyjechała, dług został spłacony. A skoro zagrożenie zniknęło, wraz z nim szybko znikał również strach.
Do głosu wróciło urażenie. Przed chwilą niemal błagał, żeby ktoś uratował sytuację. Teraz coraz bardziej przeszkadzało mu, że tym kimś była jego matka, a Katarzyna nie kiwnęła palcem. Katarzyna ledwie postawiła torby na stole, kiedy wybuchł.
– Kasia, ty w ogóle rozumiesz, co zrobiłaś? – wrzasnął. – Skompromitowałaś mnie przed matką. Przy obcym facecie wdyptałaś mnie w błoto.
Mama oddała połowę swojej emerytury. Nie wstyd ci? Mamy wspólny budżet. Masz obowiązek mnie wspierać.
Jesteś skąpa i bez serca. Katarzyna powoli się wyprostowała. Chciała mu przypomnieć zakupy, długi, rękę w jej torebce, własne buty, których nie wymieniła już drugi sezon. Nie zdążyła powiedzieć ani słowa.
Maria uderzyła otwartą dłonią w blat. Filiżanki podskoczyły. Bazyli natychmiast wycofał się pod kaloryfer. Paweł urwał w pół zdania.
– Pawle, wystarczy – powiedziała Maria Kowalska. – Jeszcze jedno zdanie o tym, że Katarzyna jest winna, i naprawdę stracę cierpliwość. Nie krzyczała, ale tym razem nie było w tym żadnej efektownej pewności. Była zwyczajnie wściekła i wyglądała tak, jakby sama próbowała nadążyć za tym, czego właśnie dowiadywała się o własnym synu.
Paweł wpatrywał się w matkę. Katarzyna zastygła przy zlewie. Do ostatniej chwili była przekonana, że Maria w końcu zwróci się przeciwko niej. Przecież Paweł był jej jedynym synem.
Maria jednak przesunęła wzrok z Katarzyny na Pawła i przez chwilę nic nie mówiła. W końcu potarła dłonią czoło. – Dobra, zacznijmy jeszcze raz, bo może czegoś nie rozumiem. To ty zamówiłeś jedzenie?
– Tak, ale za 427 zł i 50 gr. – No tak, wiedząc, że nie masz czym zapłacić. Paweł skrzywił się. – Mamo, nie wiedziałem, że Kasia zrobi z tego…
Maria uniosła dłoń.
– Nie pytam, co zrobiła Kasia. Pytam, co zrobiłaś ty. Paweł zacisnął szczękę. – Chciałem, żeby było elegancko.
Dla ciebie. Święto. Maria spojrzała na torby, później na syna. – Pawle, ja dopiero co zjadłam talerz zupy.
Powiedziałam, że mi smakuje. Naprawdę uznałeś, że potrzebuję jesiotra za cudze pieniądze? – Przecież nie wiedziałem, że ona nie zapłaci. Maria przez moment patrzyła na niego bez słowa.
– Właśnie to mnie martwi najbardziej. Nie to, że nie miałeś pieniędzy, tylko że od początku liczyłeś, że ktoś inny je będzie miał za ciebie. Paweł chciał odpowiedzieć, ale w tej samej chwili z kąta dobiegło przeciągłe wielorybie zawodzenie oczyszczacza. Maria odwróciła głowę.
– Co to znowu jest? – Oczyszczacz, mówiłem ci, dla mikroklimatu. – Możesz go chociaż uciszyć? Od tego mikroklimatu zaraz mnie głowa rozboli.
Paweł natychmiast podszedł do urządzenia i wyłączył dźwięk. Maria zaczekała, aż wróci. – Ile to kosztowało? – 1500.
– I to było ważniejsze od pralki? – To nie ma związku. – Dla mnie ma. Przed chwilą słyszałam tę pralkę przez pół mieszkania.
Maria przesunęła jeden z pojemników na środek stołu, żeby zrobić sobie miejsce. – Słuchaj, ja też nie będę udawała świętej. Jak byłeś młodszy, pewnie nie raz zrobiłam coś za ciebie, bo tak było szybciej. Może za często.
Tylko, że teraz masz żonę, własną wypłatę i własne rachunki. Ja za chwilę wrócę do siebie. Katarzyna zostaje tutaj z tym wszystkim. Paweł spuścił wzrok.
– Żona gotuje z tego, co zostało w domu. Widzę, że półki nie pękają w szwach. Ty zamawiasz jedzenie za ponad 400 zł, a potem wkładasz rękę do jej torebki. Naprawdę nie widzisz, że coś tu jest nie tak?
– Mamo, przesadzasz. Kasia też zarabia. – Właśnie zarabia. Nie jest twoim bankomatem.
– Mamy wspólny budżet. – To powiedz mi, ile w tym miesiącu dałeś na rachunki? Paweł milczał. – No pytam serio, bo może rzeczywiście czegoś nie wiem.
– Zapłaciłem parę rzeczy. – Jakich? – Różnych. – Jakich?
– Nie pamiętam. – Za to pamiętasz, że Katarzyna wczoraj dostała wypłatę? Paweł poderwał głowę. – Mamo, przecież nie jestem jakimś pasożytem.
– Nie wiem, jak chcesz to nazwać – odpowiedziała Maria. – Ale dzisiaj zachowałeś się jak ktoś, kto urządza sobie życie cudzym kosztem i jeszcze obraża się, kiedy cudzy portfel się zamyka. Katarzyna stała przy zlewie i patrzyła na mokrą ściereczkę. Miała ochotę się uśmiechnąć.
Nie dlatego, że przyjemnie było patrzeć, jak Paweł dostaje reprymendę. Bardziej dlatego, że po miesiącach tłumaczenia komuś wszystkiego po dziesięć razy, inna osoba weszła do ich kuchni, otworzyła lodówkę, zobaczyła oczyszczacz, popatrzyła na ubrania i sama zaczęła pytać o rzeczy, o które Katarzyna pytała od dawna. Paweł jeszcze próbował się bronić. – Mamo, ty nie rozumiesz.
Ona po prostu…
Maria pokręciła głową. – Możliwe, że nie rozumiem wszystkiego. Jestem tu od paru godzin, dlatego właśnie pytam. Ale tego, co zobaczyłam przy drzwiach, nie muszę sobie dopowiadać.
– Gdzie jest twoja wypłata? – No, wydatki jakieś różne…
– Widziałam część tych „różnych”. Oczyszczacz za 1500 zł. Twój telefon, nowa bluza.
A Katarzyna odkłada na pralkę, która przed chwilą próbowała wyjść z łazienki o własnych siłach. – Kasia sama może sobie kupić ubrania. Maria odwróciła się do niego. – Może.
Tylko najpierw powiedz, ile razy w tym miesiącu prosiłeś ją o pieniądze. Paweł nic nie odpowiedział. – No właśnie. Maria oparła dłonie o stół.
– Nie mówię tego po to, żeby zrobić z ciebie potwora. Jesteś moim synem. Tym bardziej mnie wkurza, że stoisz tutaj i zachowujesz się tak, jakby każdy wokół miał pilnować twoich zachcianek. – Wcale nie.
– To dobrze. To za chwilę mi pokażesz, że nie. Maria westchnęła. – Dawno temu chyba za łatwo przychodziło mi poprawianie po tobie.
Zapomniałeś kluczy – jechałam. Wydałeś za dużo – jakoś się łatało. Człowiek myśli, że pomaga dziecku, a potem widzi dorosłego faceta szukającego karty w cudzej torebce. Nie było w jej głosie triumfu.
Ostatnie zdanie powiedziała ciszej i sama skrzywiła się, jakby nie podobało jej się to, do czego właśnie doszła. – Sąsiadka z dołu coś mi opowiadała, kiedy po podróży usiadłam na chwilę na ławce – dodała Maria. – O paczkach, które przychodzą do was prawie codziennie, i o zabawkach, którymi hałasujesz pod oknami. Wtedy pomyślałam, że pewnie przesadza.
Teraz już nie jestem taka pewna. Paweł gwałtownie podniósł głowę. – Jaka sąsiadka? – Nieważne.
– Mamo, był tylko jeden helikopter. Maria uniosła brwi. – Jeden? – On akurat ma kamerę – doprecyzował Paweł.
Maria zamknęła oczy. Przez dwie sekundy stała bez ruchu. – Pawle, naprawdę nie pomagaj sobie teraz szczegółami. Katarzyna zakaszlała, żeby ukryć chichot.
Teraz zaczynała rozumieć, dlaczego Maria od wejścia patrzyła na mieszkanie trochę uważniej, niż zwykle patrzy gość. Maria wskazała stół. – Katarzyno, bierz talerz i siadaj. Katarzyna usiadła bez protestu.
Jesiotr pachniał tak dobrze, że żołądek natychmiast przypomniał jej, że poza własną zupą, której spróbowała rano, właściwie niczego dzisiaj nie jadła. Maria wzięła ogromny kawałek pieczonego jesiotra i podzieliła go na pół. Jedną połowę położyła Katarzynie, drugą sobie, na wierzch obficie nałożyła sos tatarski. Potem otworzyła sałatki i również rozdzieliła je między dwa talerze.
– Ta z krewetkami jest dla ciebie. – Przecież ja tyle nie zjem. – Zjesz, ile dasz radę. Paweł stał obok i przełykał ślinę.
Ostrożnie przysunął się do stołu i wyciągnął rękę w stronę pojemnika z krewetkami. Maria przesunęła łyżkę w poprzek pojemnika i zatrzymała jego rękę, zanim zdążył cokolwiek nabrać. – Mamo, co ty robisz? Paweł cofnął rękę.
– Serio? To jedzenie zostało właśnie kupione za moje pieniądze z emerytury – powiedziała Maria. – I na razie mam trochę mało ochoty częstować człowieka, który jeszcze pięć minut temu krzyczał, że ktoś inny miał obowiązek za nie zapłacić. – A ja co mam jeść?
Maria skinęła głową w stronę kuchenki. – Zupa stoi. Sam przed chwilą uznałeś, że dla mnie jest za mało elegancka, ale głodny od niej nie będziesz. – Mamo…
– Nie będę cię głodziła.
Masz pełny garnek zupy, a za jesiotra zapłaciłeś dokładnie zero złotych. – Podsunęła Katarzynie talerz. – Jedz, Kasia, zanim wystygnie. Paweł spojrzał na matkę, potem na talerz żony, po czym podszedł do szafki, wyjął talerz, nalał sobie zupy i usiadł z boku.
Zaczął jeść demonstracyjnie powoli, jakby każda łyżka miała przypomnieć wszystkim, jak bardzo został skrzywdzony. Katarzyna przez chwilę zerknęła w jego stronę. Maria również. Potem obie wróciły do jedzenia, a Paweł, nie doczekawszy się reakcji, przestał przynajmniej tak głośno odkładać łyżkę na brzeg talerza.
Katarzyna i Maria zaczęły rozmawiać. Na początku ostrożnie. Katarzyna odpowiadała krótko, bo nadal nie była pewna, czy za chwilę nie usłyszy od teściowej jakiegoś „ale Paweł też ma swoje racje”. Maria pytała jednak inaczej niż zwykle – bez drobnych szpilek, bez porównywania, bez zdania zaczynającego się od „a ja na twoim miejscu”.
– Gdzie ty właściwie teraz pracujesz? – zapytała. Katarzyna odpowiedziała. Potem opowiedziała, jak długo rano dojeżdża, o której zwykle wychodzi i o której wraca.
Maria słuchała, od czasu do czasu dopytując o szczegóły. – To ty codziennie tyle czasu spędzasz w drodze? – Zwykle tak. Maria spojrzała na Pawła, który siedział nad zupą i udawał, że rozmowa go nie interesuje.
Nie powiedziała jednak niczego do syna. Zamiast tego zwróciła się do Katarzyny:
– Paweł mówił mi, że nie lubisz chodzić po sklepach. Katarzyna akurat brała łyk zupy i omal się nie zakrztusiła. – Sklepy lubię.
Nie lubię tylko chwili, kiedy kończą się pieniądze. – Jasne. – Pewnie mówi też, że nie lubię gotować. – Mówił, że jesteś zmęczona.
– To akurat prawda. Maria przez chwilę obracała łyżkę w palcach. – Tylko jakoś nie opowiadał, gdzie znika jego pensja. Obie jednocześnie spojrzały na Pawła.
Paweł natychmiast odkrył w talerzu coś niezwykle interesującego. Nachylił się nad zupą z takim skupieniem, jakby od dokładnego obejrzenia pływającej marchewki zależała przyszłość rodziny. Maria Kowalska zaczęła opowiadać o swoim nieżyjącym już mężu. Kiedyś, jeszcze za młodu, próbował przepuścić zaliczkę na loterię.
Maria ganiała go wtedy po mieszkaniu z wałkiem do ciasta, a później przez miesiąc na stole królowała kasza jęczmienna bez masła. On też na początku mówił: „Jestem mężczyzną, sam decyduję”. – I co? – zainteresowała się Katarzyna.
– Powiedziałam mu: decyduj tylko za własne pieniądze i dopiero wtedy, kiedy wszystko w domu jest opłacone. Pomogła po miesiącu kaszy. – Znakomicie – roześmiała się Katarzyna tak szczerze, że musiała odłożyć łyżkę. Paweł podniósł na matkę ponury wzrok.
– Tata mi o tym nie opowiadał. – Bo był mądry. Po co miał ci opowiadać o własnym wstydzie? – A ten wałek naprawdę był?
– Był. – Biłaś go? Maria spojrzała na syna z urażoną godnością. – Nie jestem agresywną kobietą.
Po prostu trzymałam go w ręku dla większej siły przekonywania. Po kolacji Paweł jako pierwszy poszedł do sypialni. Zamknął drzwi odrobinę głośniej niż zwykle, ale naprawdę nimi trzasnąć się nie odważył. Katarzyna zaczęła zbierać talerze.
– Zostaw! – powiedziała Maria Kowalska. – Jutro on pozmywa. – On?
A co? Ręce ma tylko do ozdoby? Katarzyna odruchowo zerknęła w stronę zamkniętych drzwi sypialni. – Będzie niezadowolony, przeżyje.
Dobrze mu zrobi. Później, kiedy w mieszkaniu ucichło, Katarzyna długo nie mogła zasnąć. Paweł leżał obok, odwrócony do niej plecami. Nie spał, ale udawał, że śpi.
Katarzyna patrzyła w ciemność i układała sobie w głowie wydarzenia całego dnia. Cieszyło ją, że Maria stanęła po jej stronie. Przez lata obawiała się raczej odwrotnej sytuacji – teściowej, która w każdej kłótni będzie bronić syna bez względu na to, co zrobił. A jednak pod ulgą czaił się niepokój.
Katarzyna nie chciała spędzić reszty małżeństwa na wychowywaniu dorosłego mężczyzny. Potrzebowała męża, z którym można dzielić życie, a nie kolejnej osoby, której trzeba wszystko organizować. Już prawie zasypiała, kiedy Paweł odezwał się cicho, nadal leżąc do niej plecami. – Naprawdę uważasz mnie za pasożyta?
– Chcesz szczerze? – No. – Uważam, że przyzwyczaiłeś się żyć tak, jakby za konsekwencje twoich decyzji zawsze płacił ktoś inny. Paweł milczał kilka sekund.
– To niezupełnie to samo, co pasożyt. – Śpij, Pawle. Nie odpowiedział. Następnego ranka, dokładnie o 7:00, Maria Kowalska zapukała do drzwi sypialni.
– Pawle, pobudka. Katarzyna otworzyła oczy i spojrzała na zegarek. Obok niej Paweł jęknął, obrócił się na drugi bok i nakrył głowę poduszką. Pukanie powtórzyło się, tym razem mocniej.
Po chwili zaspany, rozczochrany i wymięty Paweł wytoczył się na korytarz. Maria już czekała. Była ubrana, uczesana, a w ręku trzymała pustą kraciastą torbę. – Mamo, jest niedziela.
– I co z tego? 7:00 rano. Widzę zegarek. Ludzie śpią.
– Ludzie być może. – Maria zmierzyła go wzrokiem. Wyjęła z kieszeni notes i długopis, wyrwała kartkę i dużymi cyframi napisała: 427,50. – To twój dług wobec mnie za wczorajszy cyrk.
Oddasz z najbliższej wypłaty. I tylko spróbuj wziąć od żony. Przyjadę i wsadzę ci kolejną zabawkę tam, gdzie dobrze wiesz. To po pierwsze.
Wcisnęła kartkę w rękę oszołomionego syna. – Mamo, i tak zamierzałem oddać. Tylko mogłem trochę później…
– Z najbliższej wypłaty. Teraz jedną z rat masz u mnie.
– Sięgnęła do portfela. – Po drugie: masz tu 250 zł wyłącznie jako pożyczkę. Włożyła mu banknoty do dłoni. Paweł w tej samej chwili całkowicie się obudził.
– I co mam z tym zrobić? Maria podała mu kraciastą torbę. – Bierzesz torbę, idziesz na targowisko, kupujesz 3 kg mięsa, wołowinę z kością na barszcz, worek sypkich ziemniaków, cebulę, marchewkę, wiejską śmietanę, twaróg. Nie zamierzam żywić się restauracyjnymi wymysłami ani pustym wywarem, a twoją żonę trzeba trochę odkarmić, żeby jej wiatr nie porwał.
Marsz! Paweł spojrzał na torbę, jakby pierwszy raz w życiu widział podobny przedmiot. – Na targ? – Na targ.
Teraz. – Mamo, to daleko. Autobusy jeżdżą. Mogę zamówić dostawę.
Maria nic nie powiedziała, tylko spojrzała na syna. Paweł natychmiast zrozumiał, że propozycja właśnie przestała istnieć. – A dlaczego ja? – Bo wczoraj zobaczyłam, jak umiesz zamawiać.
Dzisiaj zobaczę, jak umiesz kupować. – Ale Kasia zwykle…
– Kasia dzisiaj śpi. I bardzo dobrze. Paweł popatrzył raz na matkę, raz w stronę sypialni.
– Mamo, to spisek, to wychowanie. Urwał pod ciężkim spojrzeniem Marii. Włożył drogie buty sportowe i powlókł się do drzwi, mamrocząc pod nosem kilka gorzkich uwag pod adresem rzeźników, targowisk i całego sektora rolniczego. Drzwi się zamknęły.
Po sekundzie otworzyły się ponownie. Paweł wsunął głowę do przedpokoju. – A lista? Maria bez słowa podała mu kartkę.
– I przyniesiesz resztę. – Wiem. Wszyscy wiedzą. – Nie wszyscy przynoszą.
Paweł wyszedł. Katarzyna wreszcie wyszła z sypialni. – Naprawdę wysłała go pani na targ? – A co?
Ostatni raz był tam chyba z panią, kiedy miał z 10 lat. To najwyższy czas odświeżyć wspomnienia. – On nie umie wybierać mięsa. – Nauczy się pytać.
Napisałam mu, co ma kupić. Po godzinie drzwi otworzyły się z rozmachem. Paweł wszedł do mieszkania z policzkami czerwonymi od chłodu. W każdej ręce niósł ciężką reklamówkę, a kraciasta torba ciążyła mu na ramieniu.
Postawił wszystko na kuchennej podłodze z miną człowieka, który osobiście przedarł się przez linię frontu z transportem pomocy humanitarnej. – Proszę. Maria uklękła przy torbach i rozpoczęła kontrolę. – Ziemniaki są, mięso jest, wołowina z kością.
Cebula. Jest marchewka. Jest śmietana. – Paweł wskazał torbę.
– Tutaj twaróg. Maria podniosła głowę. – Gdzie? Paweł zaczął zaglądać do toreb, choć doskonale wiedział, że żadnego twarogu nie znajdzie.
– Zapomniałem. Maria odczekała chwilę. – Pójdziesz z powrotem. – Mamo, dobrze, dzisiaj odpuszczę.
W końcu pierwszy krok w samodzielne życie. Katarzyna siedziała przy stole z kubkiem herbaty i patrzyła na męża. Paweł rozcierał palce. – Te ziemniaki są strasznie ciężkie.
– Zawsze są ciężkie. – Myślałem, że kupujesz po dwa kilo, czasami więcej. I niesiesz? – Nie teleportuję.
Paweł zamilkł. Popatrzył na worek, potem na swoje zaczerwienione dłonie. Wyglądało na to, że ta informacja również gdzieś mu się zapisała. Maria Kowalska została u nich jeszcze trzy dni.
W tym czasie Paweł w pełni przekonał się, czym może być dobroć połączona z programem naprawczym o zaostrzonym rygorze. Matka ganiała go na targ, kazała nosić ciężkie torby z warzywami, uczyła obierać ziemniaki i gotować wywar. Pierwsze spotkanie Pawła z obieraczką do ziemniaków przebiegło wyjątkowo ciężko. Stał przy blacie z maleńkim, niemal kulistym ziemniakiem w dłoni.
Na desce leżała góra grubych obierek, w których bez trudu można było rozpoznać spore kawałki tego, co jeszcze przed chwilą nadawało się do jedzenia. – Jak wy to robicie? – oburzył się. – Nie „wy”, tylko „ty też od teraz”.
– Połowa ziemniaka ścięła się razem ze skórką. Nóż jest niewygodny. – Nóż jest normalny. – Ziemniak jest krzywy.
– Ziemniak winny. Oczywiście. Katarzyna siedziała przy stole z herbatą. Paweł spojrzał na nią błagalnie.
– Kaśka, no powiedz jej co? Że ten ziemniak naprawdę jest niewygodny. Katarzyna wzięła bulwę, obejrzała ją z niezwykle poważną miną i oddała mężowi. – Tak, wyjątkowo podstępny.
Maria prychnęła. Następnego dnia przyszła kolej na wywar. Paweł postawił garnek na zbyt dużym ogniu, po czym uznał, że gotowanie polega głównie na czekaniu, i poszedł sprawdzić telefon. Po kilku minutach z kuchni dobiegł głos Marii:
– Chodź tutaj.
– Co? – Chodź i popatrz. Paweł wrócił. Na powierzchni mocno gotującego się wywaru pływała szumowina.
Maria podała mu łyżkę cedzakową. – Zbieraj. – Po co? – Żeby wywar był klarowny.
A jeśli nie zbiorę, będziesz jadł mętny. – Mnie i taki odpowiada. Maria odpowiedziała spokojnie:
– Ale nie gotujesz tylko dla siebie. Paweł otworzył usta, jakby miał kolejną odpowiedź, lecz tym razem jej nie wypowiedział.
Wziął łyżkę cedzakową i zaczął zbierać szumowiny z powierzchni. Drugiego dnia Maria wręczyła synowi gąbkę i środek do czyszczenia łazienki. – A to po co? – Widziałeś pralkę?
– Widziałem. – Póki Kasia się z nią męczy, wyszoruj dookoła. Paweł skrzywił się. – Jestem zmęczony po pracy.
– Kasia też pracuje. Tym razem odpowiedź przyszła natychmiast i bez żartów. Paweł odruchowo spojrzał na żonę. Katarzyna siedziała na kanapie z książką.
Pierwszy raz od dawna mogła po pracy po prostu usiąść, nie biegnąc od razu do kuchni czy łazienki. Paweł popatrzył na nią dłużej niż zwykle. Potem zerknął na gąbkę w swojej dłoni i jeszcze raz na Katarzynę. Przez moment nic nie powiedział.
Najwyraźniej dopiero teraz złożyły mu się w jeden ciąg rzeczy, które wcześniej widział osobno: jej powrót z biura i wszystko, co zwykle zaczynało się zaraz potem. Zakupy, kolacja, pranie, naczynia, sprzątanie, karma dla kota. Kiedy próbował prześledzić w pamięci zwykły tydzień, łatwo było wskazać efekty, trudniej – chwilę, w której ktoś wykonywał całą pracę. Jedzenie było w lodówce, koszule po kilku dniach znów wisiały czyste w szafie.
Śmieci znikały. Papier toaletowy jakoś zawsze był. Bazyli zawsze miał karmę. Na kuchennym blacie leżał chleb.
Zwykle Paweł zauważał te rzeczy dopiero wtedy, kiedy czegoś zabrakło. Teraz kilka z tych czynności dostał do ręki – dosłownie, w postaci ciężkiej torby, mokrej gąbki, noża i łopatki do kuwety. Maria dwa razy kazała mu sprzątać kuwetę Bazylego, „wyłącznie w ramach profilaktyki nadmiernej dumy”. Za pierwszym razem Paweł stanął przed kuwetą z tragicznym wyrazem twarzy.
– Dlaczego ja? – Bo mieszkasz w jednym mieszkaniu z kotem. – To kot Kasi. – A lodówka jest Kasi, a toaleta, a powietrze, które oczyszcza to twoje ustrojstwo za 1500 zł, też jest Kasi.
Nie przekręcaj. Kuweta jest twoja. Bazyli siedział niedaleko z ogonem owiniętym wokół łap i obserwował cały proces z powagą właściciela kontrolującego jakość pracy służby. – On specjalnie na mnie patrzy – mruknął Paweł.
– Kontroluje jakość – odpowiedziała Katarzyna. Za drugim razem Paweł już niczego nie komentował. Wziął łopatkę i zrobił, co trzeba. Katarzyna przez te kilka dni odpoczywała – i fizycznie, i od ciągłego pamiętania za wszystkich.
Na początku nawet czuła się z tym niezręcznie. Kilka razy odruchowo podnosiła się, żeby pomóc. Za każdym razem Maria odsyłała ją z powrotem. – Siedź.
– Ale ja zrobię szybciej. – Właśnie dlatego on niczego nie umie. Ty szybciej ugotujesz, szybciej posprzątasz, szybciej pójdziesz do sklepu, a potem się dziwisz, że dorosły człowiek uważa lodówkę za zjawisko naturalne. – Ja się nie dziwię.
– To tym bardziej siedź. Przy blacie Paweł ponuro szatkował cebulę. Robił to tak wolno, jakby każda kolejna warstwa miała mu osobiście coś za złe. – Bardzo wygodnie się urządziłyście – mruknął.
Katarzyna uniosła kubek. – Tak, wreszcie. Nie nastąpił żaden cud. Paweł nie obudził się następnego dnia jako człowiek zachwycony obowiązkami domowymi.
Nadal marudził, nadal odruchowo sięgał po telefon. Kilka razy próbował pójść na skróty. Ale zaczął widzieć to, czego wcześniej nawet nie zauważał. Wieczorem drugiego dnia sam zajrzał do chlebaka.
Skończył się chleb. Katarzyna odruchowo czekała na zwyczajowe „Kasia, kup jutro”. Paweł jednak przez chwilę stał przy kuchennym blacie. Potem spojrzał w stronę przedpokoju, westchnął, założył kurtkę i powiedział: „Pójdę”.
Maria niczego nie skomentowała. Dopiero kiedy drzwi się za nim zamknęły, spojrzała na Katarzynę. – Jeszcze go nie chwal. – Dlaczego?
– Spłoszysz. Obie się roześmiały. Ostatniego wieczoru we troje usiedli do barszczu, który Paweł ugotował prawie samodzielnie, choć pod czujnym nadzorem matki. Nie wyglądał jak danie z restauracyjnego zdjęcia.
Ziemniaki trochę się rozgotowały, buraki były pokrojone nierówno. Za to z garnka pachniało mięsem, czosnkiem i liściem laurowym. Maria nabrała łyżkę, spróbowała, przełknęła kawałek mięsa i odstawiła łyżkę. Paweł czekał.
– Da się zjeść – powiedziała. W ustach Marii Kowalskiej zabrzmiało to niemal jak najwyższe możliwe odznaczenie. Paweł od razu wyprostował plecy. – To jest normalny barszcz.
Tak w ogóle, normalny. – Spojrzał na żonę. – Kasia? Katarzyna spróbowała.
– Smaczny. – Nie nabijasz się? – Nie. Naprawdę.
Na jego twarzy pojawił się ledwo widoczny uśmiech. Katarzyna patrzyła na niego i po raz pierwszy od kilku dni nie czuła satysfakcji z tego, że coś mu nie wychodzi, albo że matka ustawiła go do pionu. Pojawiła się raczej ostrożna nadzieja. Nie wynikała z samego faktu, że Maria przez trzy dni wydawała polecenia.
Katarzyna patrzyła na nierówno pokrojone buraki, rozgotowane ziemniaki i Pawła, który czekał na jej ocenę barszczu, zamiast żartem zrzucić sprawę na kogoś innego. To było niewiele. Po ostatnich miesiącach właśnie dlatego zwróciła na to uwagę. Kiedy Maria Kowalska szykowała się do wyjazdu, Paweł osobiście wyniósł jej torby do taksówki.
Poranek był chłodny. Kierowca otworzył bagażnik, a on ostrożnie włożył do środka kraciaste torby. Katarzyna wyszła razem z nimi. Przez tych kilka dni jej stosunek do Marii zmienił się bardziej, niż się spodziewała.
Jeszcze niedawno obawiała się, że teściowa będzie kolejną osobą, przed którą trzeba tłumaczyć zachowanie Pawła. A właśnie ona jako pierwsza powiedziała synowi głośno to, co Katarzyna od dawna powtarzała coraz bardziej zmęczonym głosem. – Dziękuję pani. Pani Mario.
Katarzyna objęła teściową przed blokiem. Maria najpierw lekko zesztywniała ze zdziwienia, a po sekundzie mocno ją przytuliła. – Nie ma za co, Kasia. Jakby co, dzwoń.
Mam jeszcze sporo metod wychowawczych w zanadrzu. Paweł skrzywił się. – Mamo. Maria spojrzała na niego.
– Co? – Nic. I bardzo dobrze. – Poprawiła kołnierz płaszcza.
– A pralkę kupicie. Dopilnuję, żeby ten geniusz dorzucił ci ze swojej pensji. – Sam zamierzałem – burknął Paweł. – Już dobrze, że zamierzałeś.
– Naprawdę zamierzałem. – To nie trzeba będzie przypominać. Maria wsiadła do taksówki. Zanim zamknęła drzwi, jeszcze raz wychyliła się w stronę syna.
– Pamiętasz o długu? Paweł westchnął. – Pamiętam. 427,50.
Tak, pamiętam. – No i świetnie. Drzwi się zamknęły. Taksówka ruszyła.
Paweł i Katarzyna zostali przed blokiem i przez kilka sekund w milczeniu patrzyli za odjeżdżającym samochodem. – No, mam ja matkę – westchnął Paweł. – Masz dobrą mamę. – Tobie teraz łatwo mówić.
Ciebie lubi. – A ciebie myślisz, że nie? Paweł wsunął ręce do kieszeni i zastanowił się. – Mnie kocha na swój sposób.
Za to skutecznie. Prychnął, ale tym razem bez prawdziwej złości. Wrócili do mieszkania. Po wyjeździe Marii zrobiło się w nim niezwykle cicho.
Na kuchennym stole stał słoik konfitur. W lodówce po raz pierwszy od dawna było sporo zwyczajnych produktów. Na kuchence został garnek wczorajszego barszczu. Bazyli siedział przy kaloryferze z miną kota, któremu ostatnie wydarzenia odpowiadały wyjątkowo dobrze, i starannie mył przednią łapę.
Paweł przez kilka minut chodził po mieszkaniu. Katarzyna postanowiła go nie poganiać. Zdjęła kurtkę, przebrała się, weszła do kuchni i nastawiła czajnik. Po chwili Paweł sam do niej przyszedł.
– Słuchaj…
– Słucham. – Anulowałem w aplikacji zakup inteligentnej szczoteczki, a samochodzik i helikopter wystawiłem wczoraj na OLX. Katarzyna podniosła głowę znad kubka. – Samochodzik?
– No ten zdalnie sterowany, ten, który od dwóch miesięcy leży pod kanapą. – Nie leży pod kanapą. Specjalnie go tam schowałem. Oczywiście.
Paweł zawahał się. Jeszcze kilka dni wcześniej powiedziałby o sprzedaży z dumą, wyraźnie oczekując pochwały za poświęcenie. Teraz brzmiał prawie niezręcznie. – Jak sprzedam, pieniądze pójdą na pralkę.
Katarzyna nie odpowiedziała od razu. Przyjrzała mu się, próbując zrozumieć, czy to kolejny pomysł na jeden dzień, czy naprawdę podjął decyzję. – A helikopter? – Też wystawiłem.
Ten z kamerą. – Szkoda ci? Paweł ciężko westchnął. – Trochę.
Katarzyna oparła dłonie o blat. – To możesz go zostawić. Paweł spojrzał na nią ze zdziwieniem. – Serio?
– Jeśli kupiłeś go za własne pieniądze i wszystkie obowiązkowe wydatki są opłacone, zostawiaj sobie, co chcesz. Nie zabraniam ci zabawek, Pawle. Po prostu więcej nie zamierzam za nie płacić. Przez kilka sekund milczał.
– Zrozumiałem. Katarzyna nie odpowiedziała od razu. Tym razem to krótkie słowo nie brzmiało jak dawniej, jak szybki sposób na zakończenie niewygodnej rozmowy. Paweł nie odwrócił się, nie wyciągnął telefonu, nie próbował zmienić tematu.
Najwyraźniej rzeczywiście zrozumiał przynajmniej część. Po chwili otworzył lodówkę. – To co, wieczorem zrobimy kotlety? Kupiłem mięso, sam zmielę.
Katarzyna spojrzała na niego z wyraźnym zainteresowaniem. – Sam? Sam znajdziesz maszynkę do mięsa. Paweł zmarszczył brwi i spojrzał na szafki.
– W dolnej szafce. Katarzyna skinęła głową. – Już postęp. Bazyli, który usłyszał słowo „mięso”, natychmiast pojawił się w kuchni.
Paweł popatrzył na kota. – A ty nawet nie licz. Najpierw my. Bazyli usiadł obok i znieruchomiał, wpatrując się w niego bez mrugnięcia.
Paweł zerknął na Katarzynę. – Patrz, znowu wywiera presję psychiczną. Katarzyna roześmiała się. Był to zwyczajny domowy wieczór.
Przez następne dni Paweł nadal pozostawał Pawłem. Nie składał uroczystych obietnic, że od tej chwili wszystko będzie inne, ani nie próbował po trzech dniach przedstawiać się jako wzorowy mąż. Kiedy coś było nudne albo niewygodne, wciąż potrafił marudzić, szukać prostszego sposobu i zerkać w stronę telefonu. Nadal potrafił przez półwieczoru wybierać w internecie rzecz, której zupełnie nie potrzebował, i z pełnym przekonaniem uważać, że 15% rabatu to niemal finansowy argument nie do odparcia.
Ale w ich mieszkaniu zaczęły obowiązywać nowe zasady. Karta Katarzyny nie leżała już w miejscu, z którego można ją było po prostu wziąć. Obowiązkowe wydatki omawiali przed zakupami, nie po nich. A kiedy kilka dni później Paweł dostał wypłatę, pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było przelanie matce 427 zł i 50 groszy.
Katarzyna mu nie przypominała. Maria, sądząc po krótkim wieczornym telefonie, również nie. Katarzyna zauważyła przelew, kiedy siedzieli w kuchni. – Oddałeś?
– Oddałem. – Brawo. Paweł odłożył telefon. – I opłaciłem czynsz oraz rachunki.
– Za to szczególnie brawo. Paweł skrzywił się. – Tylko nie mów tak jak mama. – Jak?
– Jakbym był uczniem, który pierwszy raz sam spakował plecak. – To nie zachowuj się jak uczeń. Paweł już nabierał powietrza, najwyraźniej szykując odpowiedź, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Z łazienki dobiegł nagły huk.
Oboje jednocześnie odwrócili głowy. Stara pralka podczas wirowania podskoczyła, przesunęła się o kilka centymetrów i zaczęła żałośnie stukać o podłogę. Paweł zerwał się z krzesła. – Dobra, naprawdę trzeba kupić nową.
Katarzyna spojrzała na niego. – Mówię ci to od trzech miesięcy. – Zrozumiałem. Znowu to magiczne słowo.
Normalne słowo. Podszedł do pralki i przytrzymał ją ręką dokładnie tak, jak przez ostatnie miesiące robiła Katarzyna. Stała w drzwiach łazienki i patrzyła na męża. Nie zobaczyła nagle zupełnie nowego człowieka.
To nadal był ten sam Paweł – trochę nierozgarnięty, czasem uparty, łatwo zachwycający się kolejną niepotrzebną rzeczą – a jednocześnie jej mąż, którego wciąż kochała. Pralka pod jego dłonią nadal podskakiwała i stukała tak samo jak wcześniej. Tyle że tym razem to Paweł stał obok niej, przytrzymywał obudowę i nie zawołał Katarzyny, żeby zrobiła to za niego. Nie potrzebował do tego aplikacji, przypomnienia ani kolejnej dyskusji.
Jeszcze niedawno, kiedy czegoś w mieszkaniu brakowało albo coś trzeba było zrobić, jego pierwszym odruchem było zawołać Katarzynę. Chleb, karma dla kota, zakupy, pranie czy rachunki trafiały do jego uwagi najczęściej dopiero wtedy, kiedy przestawały działać tak jak zwykle. Teraz coraz częściej sam sięgał po torbę, gąbkę, portfel albo garnek, zanim zdążył zawołać żonę. Bazyli otarł się o jej nogę.
Z kuchni natychmiast dobiegł głos Pawła. – Kasia, a ile cebuli do kotletów? – Jedną. – Dużą czy małą?
– Średnią. Przez chwilę było cicho. – A średnia to jaka? Katarzyna zamknęła oczy, potem zaczęła się śmiać i poszła do kuchni.
Paweł stał przy blacie z dwiema cebulami w dłoniach i porównywał je z miną człowieka rozwiązującego wyjątkowo trudne zadanie. – Ta? – zapytał, unosząc większą. – Mniejsza.
– Czyli ta? – Tak, Pawle. Ta. – Dobrze, wolę się upewnić.
Katarzyna wyjęła z szuflady deskę i podała mu ją bez słowa. Paweł położył cebulę na blacie i sam sięgnął po nóż.


