Maksym, przesuń te buty. Nie mam gdzie postawić rośliny. Głos teściowej niósł się z głębi przedpokoju, jakby to ona od lat tu mieszkała i wydawała polecenia. Alina znieruchomiała na progu, z kluczami zaciśniętymi w dłoni.

Miała za sobą ciężki dzień i marzyła tylko o tym, żeby zdjąć płaszcz, nastawić czajnik i posiedzieć w ciszy. Nareszcie była w domu. Tyle że własne mieszkanie powitało ją zatarasowanym korytarzem, zapachem starego kurzu i świeżymi śladami wielkich buciorów na umytej rano podłodze. Na jej ulubionej jasnej pufie piętrzyły się kraciaste torby, takie jak te, z którymi w latach 90 jeździło się na bazar.
Jedna była przewiązana sznurem do bielizny, drugą oklejono brązową taśmą, a z trzeciej wystawały kije od mopów i zwinięty dywanik. Przy ścianie stało pudło z napisem „naczynia – ostrożnie”. Sama Wiera Kowalska, w jaskraworóżowym welurowym dresie, z jękiem pchała ogromnego, krzywego fikusa prosto na włoskie pantofle Aliny. Za plecami matki dreptał Maksym, nie patrząc żonie w oczy.
Przesuwał torby bez celu, poprawiał rękaw swetra. Alina zamknęła drzwi i spojrzała najpierw na męża, potem na teściową. – Co to za wędrowny bazar? – zapytała cicho, zdejmując płaszcz.
– O, Alinka przyszła – Wiera wyprostowała się i obejrzała synową od stóp do głów. – Wnosimy rzeczy. Przecież macie dwa pokoje, prawda? A ja muszę w mieście podreperować zdrowie.
Maksiu już wydzielił mi pokój. Zdjęłam wasze firanki, powieszę swoje. Alina przeniosła wzrok na drzwi małego pokoju. Były otwarte.
Na kanapie leżały zwinięte jej jasne zasłony. Na parapecie stały słoiczki z kremami i lekarstwami, na krześle wisiał wzorzysty szlafrok. W tym pokoju Alina pracowała wieczorami. Ktoś przesunął jej otwarty notes pod ścianę, robiąc miejsce na pudełko leków.
– Zdążyła pani zdjąć zasłony? – zapytała. – A po co miały wisieć? – wzruszyła ramionami teściowa.
– Jasne szybko się brudzą. Mam brązowe, porządne. Maksym wreszcie się odezwał, próbując przybrać minę stanowczego mężczyzny. – Alina, postaraj się zrozumieć.
Mamie ciężko tam samej. Pomieszka u nas. Jesteśmy rodziną. Ten pokój i tak jest prawie pusty.
– Pracuję tam. – Możesz posiedzieć w kuchni – machnął ręką. – Mama nie zostanie na zawsze. Tylko do czasu badań.
– A kto zamierzał mnie o to zapytać? – A o co tu pytać? – skrzywił się. – To moja matka.
Wiera natychmiast wkroczyła mu w słowo. – Właśnie, rodzona matka. Trzydzieści lat wychowywałam syna. A teraz mam się tułać po kątach, kiedy u niego dwa pokoje stoją puste?
Alina powoli odwróciła głowę. – U niego? – U was! – poprawiła się teściowa.
– Mąż i żona to jedno ciało. Alina nie miała ochoty na negocjacje. Nie poprosili o pozwolenie, nie uprzedzili nawet telefonem. To nie była prośba o kilka noclegów, tylko przejęcie pokoju metodą faktów dokonanych.
Znała ten rodzaj nacisku. Gdyby zgodziła się na jeden wieczór, następnego dnia Wiera zajełaby kuchnię, a za tydzień tłumaczyła, jak prowadzić gospodarstwo. Starannie zawiesiła klucze na haczyku, postawiła torbę i otworzyła drzwi wejściowe na całą szerokość. – A więc tak, rodzinko, czas wystartował.
Macie dokładnie dziesięć minut, żeby ta filia pchlego targu wyleciała na klatkę schodową. – Jak ty się odzywasz do matki? – oburzyła się Wiera. – Proszę iść i być z tego dumną na dworcu.
Alina chwyciła najbliższą torbę, przeciągnęła ją po podłodze i wystawiła za próg. W środku zabrzęczały słoiki. – Wyrzucasz moje rzeczy? – pisnęła teściowa.
– Na razie tylko rzeczy. Proszę nie zmuszać mnie do następnego etapu. Maksym poczerwieniał. – Wnieś tę torbę z powrotem!
– Albo bierzesz tę miotłę w doniczce, swoją mamę i szukasz jej mieszkania do wynajęcia, albo wzywam policję. Wybieraj. – Przesadzasz. Na dworze jest ciemno.
Dokąd mama ma pójść? – To, że przywiozła rzeczy, nie daje jej prawa do cudzego mieszkania. – Nie do cudzego. Ja tu też mieszkam.
– Mieszkasz za moją zgodą. Zostało siedem minut. – W małżeństwie wszystko jest wspólne! – rzucił.
– To mieszkanie należało do mnie przed ślubem. Jestem właścicielką wpisaną do księgi wieczystej. Odpis leży w szufladzie. Wiera prychnęła, ale gdy Maksym bezradnie rozłożył ręce, zmieniła taktykę.
Złapała się za serce. – Źle mi… ciśnienie… powietrza…
– zaczęła dramatycznie osuwać się, ale nie trafiła na pufę i usiadła na własnym pudle z naczyniami. Rozległ się żałosny trzask fajansu. Wiera natychmiast się wyprostowała, zapominając o sercu. – Tam był serwis prezentowy!
– Sama pani na nim usiadła – zauważyła Alina. – Mamo, wstawaj, jedziemy! – wysyczał purpurowy Maksym, podnosząc fikusa. – Ostrożnie!
To sadzonka od mojej świętej pamięci ciotki! – W takim razie przytrzymaj drzwi – wycedził. Wiera chwyciła pudło z resztkami serwisu. – Zapamiętaj moje słowa.
Z takim charakterem zostaniesz sama. Maksym, słyszałeś? Ona cię wyrzuca! – Na razie nie – odparła spokojnie Alina.
– Ale dużo zależy od jego dalszego zachowania. Kiedy ostatnia torba znalazła się na klatce, Alina zamknęła drzwi tuż przed nosem teściowej i dwa razy przekręciła klucz. Przez chwilę słychać było jeszcze głosy, potem trzasnęły drzwi windy. Alina została w przedpokoju.
Spojrzała na pustą pufę, rozsypaną ziemię i brudne ślady. Zdjęła płaszcz, podwinęła rękawy i przyniosła zmiotkę. Zebrała liście, przetarła lustro, zawiesiła zasłony z powrotem, ustawiła buty na swoje miejsce i nastawiła czajnik. Przez trzy dni Maksym demonstrował urażoną dumę.
Pierwszego wieczoru wrócił późno i hałasował talerzami. Drugiego nie tknął kolacji, a po czterdziestu minutach szeleścił w lodówce opakowaniem kiełbasy. Trzeciego głośno rozmawiał z matką przez telefon, żeby żona słyszała każde słowo. – Tak mamo, rozumiem.
Nie przeprosiła. Po prostu nie ma serca. Alina siedziała z książką i nie reagowała. Doskonale wiedziała, do czego dąży.
Czekał, aż odezwie się w niej poczucie winy. Nie zamierzała brać udziału w tym przedstawieniu. Czwartego dnia zachowanie męża zmieniło się radykalnie. Usmażył jajecznicę, pokroił chleb i uroczyście postawił talerz przed żoną.
– Dzień dobry, kochanie. Alina podejrzliwie zmrużyła oczy. Tak gwałtowne zmiany nastroju zwykle zapowiadały wyjątkową głupotę. – Co się stało?
– Mama rozwiązała problem z mieszkaniem. Całkowicie samodzielnie. Bez twojej pomocy. – Cieszę się ze względu na Wierę Kowalską.
Mam nadzieję, że to miejsce jest daleko od nas. – Cudowne miejsce. – Jego oczy podejrzanie błyszczały. – Dzisiaj wieczorem mama zaprasza nas na parapetówkę.
Kupiłem nawet tort. Alina spojrzała na ciasto, potem na promieniejącego męża. Wiera Kowalska potrafiła wykłócać się o kilka groszy przy kasie. Jeszcze kilka dni temu przedstawiała się jako ofiara okrutnej synowej.
Teraz nagle zdobyła osobne lokum? To nie pasowało do jej charakteru. – Wynajęła mieszkanie? – Można tak powiedzieć.
– Za własne pieniądze? – Co za różnica? – Maksym zawahał się tylko na chwilę. – W rodzinie pieniądze są wspólne.
– Podaj adres. – Wieczorem sama zobaczysz. Po co psuć niespodziankę? Ciekawość zwyciężyła.
Chciała zobaczyć, co Wiera uważa za cudowne miejsce i dlaczego Maksym tak pilnuje adresu. Wieczorem wsiedli do samochodu. Maksym prowadził pewnie, pogwizdując wpadającą w ucho melodię. Pudełko z tortem ostrożnie postawił na tylnym siedzeniu.
Miasto zostało w tyle. Samochód skręcił w aleję otoczoną starymi lipami. Alina zmarszczyła brwi. Znała tę dzielnicę jak własną kieszeń.
Piekarnia z wyblakłym szyldem, stare kino, kamienny stopień, na którym kiedyś się potknęła. To było podwórko jej babci Anny Nowak. – Dokąd jedziemy? – Jak to dokąd?
Do mamy. – To nie jest adres. – Alina, nie zaczynaj przesłuchania. Maksym minął sąsiednie budynki i zaparkował dokładnie przy bloku babći.
W jej kuchni paliło się światło. Za firanką przesunął się czyjś cień. – Dlaczego jesteśmy tutaj? – Przecież mówiłem, że mama znalazła rozwiązanie.
– W bloku mojej babci? – No i co z tego? To dobra dzielnica. Maksym wyjął z kieszeni brelok magnetyczny i przyłożył go do czytnika.
Drzwi się otworzyły. – Skąd masz brelok? – Mama mi dała. – A kto dał go jej?
– Alina, zaraz wszystko zobaczysz. Weszli na trzecie piętro. Maksym bez wahania włożył klucz do zamka mieszkania numer 64. Alina obserwowała każdy jego ruch.
– Gdzie jest moja babcia? – Nic jej nie jest. Nie nakręcaj się przedwcześnie. Maksym otworzył drzwi.
Alinę uderzył gęsty zapach smażonej mortadeli. W przedpokoju nie było wygodnych kapci babci. Stały za to rozdeptane pantofle teściowej. Na wieszaku wisiał obcy sweter.
Ruszyła korytarzem. Łóżko babci było rozścielone, pościel rzucona w kąt. Szafa stała otwarta, a na półkach, gdzie Anna Nowak trzymała wyprasowane sukienki, bezczelnie piętrzyły się rzeczy Wiery Kowalskiej. Sukienki babci leżały na krześle i podłodze.
Na komodzie zamiast fotografii dziadka stała butelka lakieru do włosów. Zdjęcie odsunięto pod ścianę. – Gdzie jest babcia? – powtórzyła.
– Mówię, że odpoczywa. Nie stój w korytarzu. Z kuchni dobiegało skwierczenie patelni. Alina zrobiła dwa kroki i znieruchomiała w drzwiach.
Wiera Kowalska, we wzorzystym szlafroku, stała przy kuchence jak gdyby nigdy nic. Kroliła plastry taniej mortadeli bezpośrednio na rzeźbionej drewnianej desce babci, której Anna Nowak pilnowała przez lata. Na stole stały czajnik, dwa kubki i miska z sałatką. – O, przyjechaliście?
– uśmiechnęła się teściowa. – Wchodźcie dzieci. Mieszkanko jest trochę stare, ale na początek wystarczy. – Na jaką parapetówkę u twojej matki mnie przywiozłeś?
– zapytała Alina powoli. – To jest mieszkanie mojej babći. – Alinko, tylko nie zaczynaj. – Babciu, gdzie jesteś?!
– krzyknęła, odwracająć się w stronę pokoi. – Dlaczego od razu krzyczysz? – Maksym z przesadnie ważną miną postawił tort na parapecie. – Wszystko przemyśleliśmy.
Babcia jest starsza i potrzebuje opieki. Wykupiłem jej pobyt i wysłałem na odpoczynek. Po co mieszkanie ma stać puste? Mama nie ma gdzie mieszkać.
Zoptymalizowaliśmy zasoby rodziny. – Dokąd wysłałeś moją babcię? – Do pensjonatu. Dobre miejsce za miastem.
Nazywa się Jutrzenka. – Po co staruszka ma siedzieć w zakurzonym mieście? – dodała Wiera zadowolona. – Tam świeże powietrze.
A mnie tutaj dobrze. Do targowiska rzut kamieniem. Tylko jakiś złośliwy dziadek ciągle pytał, gdzie jest właścicielka. Powiedziałam mu, że teraz ja jestem właścicielką.
Alina patrzyła na nia i nie czuła złości. W środku robiło się coraz ciszej i zimniej. Ukradli klucze, wywieźli starszą osobę, wprowadzili tu teściową, wyrzucili babcine ubrania na podłogę. I wszystko nazywali optymalizacją zasobów.
Jej palec zawisł nad przyciskiem połączenia w telefonie. – Zaraz oboje będziecie tłumaczyć wszystko policji. Maksym pobladł. – Oszalałaś?
Babcia pojechała dobrowolnie. Nie musiała naciskać przycisku. Drzwi wejściowe otworzyły się z ogłuszającym trzaskiem. W progu stała żywa, zdrowa i potwornie rozwśćieciona babćia Anna Nowak.
W eleganckim jesiennym płaszczu, ze starannie ułożonymi włosami, przypominała rozgniewaną prokurator. Tuż za jej plecami górował emerytowany sąsiad, pan Szymon, ściskając w dłoni ciężką dębową laskę. – Ach, wy przydrożna szarańczo! – zagrzmiała babcia.
Wiera Kowalska znieruchomiała z nożem w dłoni. Uśmiech Maksyma zniknął. – Babciu… – wykrztusił.
– Nie nazywaj mnie babcią, niedorobiony oszuście. Pan Szymon ruszył naprzód. Jednym spojrzeniem ocenił sytuację. Laska ze świstem przecięła powietrze i opadła na zgięte plecy Maksyma.
– Ał! Za co?! – Za machinacje z nieruchomościami, pasożycie. – Co pan wyprawia?!
– zapiszczał Maksym. – Zaraz wezwę poliсję! – Wzywaj – zaproponował pan Szymon. – Przy okazji opowiesz, jak wywiozłeś staruszkę z jej własnego mieszkania.
Dębowa końcówka zręcznie ominęła szafkę i trafiła teściową w ramię. – Aj! Jestem chorą kobietą! – Chore kobiety nie grzebią w cudzych szafach – uciął pan Szymon.
– Babciu, gdzie byłaś?! – wydusiła Alina, opuszczając telefon. – Jak to gdzie? W uzdrowisku?!
– ryknęła babcia, wchodząc do kuchni i wyłączając gaz. – Twój genialny mężulek przyjechał rano. Świergocze, że razem kupiliście mi pobyt w podmiejskim sanatorium. Pięć gwiazdek.
W ramach wdzięczności za to, że przyjęłam go do rodziny. Wciskał mi jakieś kartki z pieczątkami. A ja, stara idiotka, dałam się nabrać. – Proszę przestać!
– dobiegło z korytarza. – Podam pana do sądu! Pan Szymon odpowiedział krótkim chrząknięciem. Rozległo się kolejne głośne klaśnięcie.
– Ten oszust wsadził mnie do taksówki – ciągnęła Anna Nowak. – Dał kierowcy pieniądze i wysłał. Jedziemy godzinę, drugą. Dookoła las.
Pytam kierowcę, czy daleko. Wzrusza ramionami. Przyjeżdżamy, a tam napis: „Pensjonat Jutrzenka, pawilon pobytu dożywotniego”. Stary dom opieki.
Na ganku staruszki patrzą w jeden punkt. W korytarzu pachnie lekarstwami i gotowaną kapustą. Administratorka mówi, że wykupiono najtańszy pakiet. Z udogodnień szafka nocna i wspólna toaleta.
– Jest tam opieka medyczna – próbował się tłumaczyć Maksym. – Jedna salowa na całe piętro. – Babcia westchnęła. – Administratorka podała twoje nazwisko.
Powiedziała, że krewny uprzedził, iż starsza kobieta może stawiać opór z powodu zmian związanych z wiekiem. Alina odwróciła się do męża. – Powiedziałeś im, że babcia ma zmiany związane z wiekiem?! – Musiałem jakoś wyjaśnić, dlaczego może nie chcieć zostać.
– Czyli z góry wiedziałeś, że się nie zgodzi. Maksym milczał. – Na co liczyło to dwoje idiotów? – oburzyła się babcia.
– Że nie mam telefonu i nie potrafię zamówić taksówki? Wstałam, zabrałam torebkę i wróciłam. Po drodze zadzwoniłam do Szymona. Pan Szymon wyprostował się z dumą.
– Gdy człowiek prosi o pomoc w odzyskaniu własnego mieszkania, nie zadaje się głupich pytań. Bierze się laskę i idzie. – A sumienie pozwoliło ci wysłać mnie właśnie tam? – zapytała Anna Nowak Maksyma.
– Jesteś stara. Są tam kobiety w twoim wieku. – A ty jesteś niemowlęciem? – uniosła brwi babcia.
Maksym próbował się jeszcze bronić, ale pan Szymon nie zamierzał dyskutować. Z korytarza dobiegły łoskot, trzask i zduszony wrzask. Po kolejnym uderzeniu Maksym wypadł na klatkę schodową. Za nim, lamentując, wytoczyła się Wiera.
Pan Szymon zagrodził jej drogę laską. – Zbierzemy pani rzeczy do worków i wystawimy przed klatkę. A jeśli jeszcze raz wejdzie pani bez pozwolenia, tą laską złożę pani nowy kręgosłup. Zrozumiała pani?
Maksym spojrzał na żonę, wciąż oczekując, że stanie po jego stronie. – Alina, będziesz to tolerować? Jakiś szalony dziad bije twoją rodzinę! Alina wyszła na korytarz.
– Moja rodzina stoi teraz w kuchni i pije wodę po twojej pięciogwiazdkowej opiece. Klucze do tego mieszkania i do mojego połóż na szafce natychmiast. – Nigdzie nie pójdę. Jestem twoim mężem!
– Nie wrócisz już do domu. – Nie możesz mnie wyrzucić! – Mogę nie wpuścić cię do mieszkania, które należy do mnie. Resztę omówimy podczas rozwodu.
Słowo „rozwód” uderzyło go mocniej niż laska pana Szymona. Anna Nowak pojawiła się za plecami wnuczki. – Posłuchaj, wnuczko, może jednak oddamy go w ręce policji, bo nadal niczego nie rozumie. Maksym natychmiast wyciągnął klucze i rzucił je na wycieraczkę.
– Udławcie się swoimi metrami, miejskie sknery! – Pani rzeczy, pani Wiero, spakuję do worków i wystawię przed klatkę. – Alina spojrzała na teściową. – A żebyście się nie nudzili po drodze, mogę zamówić wam taksówkę do Jutrzenki.
Pobyt opłacony na miesiąc. Korzystajcie ze świeżego powietrza i szwedzkiego stołu. – Jaka ty się zrobiłaś zła, Alina! – Nie.
Po prostu wreszcie przestałam mylić dobroć z pozwoleniem, żeby ktoś wszedł mi na głowę. Pan Szymon wykonał kilka groźnych wymachów laską. Maksym i Wiera, tracąc resztki godności, zaczęli wycofywać się na dół. – Fikus stoi przed klatką!
– krzyknęła za nimi Alina. – Zabierzcie go, zanim obsikają go psy! Po chwili trzasnęły drzwi wejściowe. W mieszkaniu zapadła cisza.
Alina podniosła klucze, zamknęła drzwi i wróciła do kuchni. Babcia zbierała do kosza resztki kiełbasy. – Babciu, na pewno dobrze się czujesz? – Dobrze.
Jestem tylko wściekła. – Ciśnienie ci nie wzrosło? – Wzrosłoby, gdybym tam została. A teraz już się uspokaja.
Alina objęła babcię. Anna Nowak przez chwilę stała sztywno, po czym opuściła ramiona i cicho westchnęła. – Uwierzyłam mu, Alinko. – Wiem.
– Myślałam, że naprawdę się o nas zatroszczyliście. – Wybacz, że nie zauważyłam zniknięcia kluczy. – To nie twoja wina. Kto mógł przypuszczać, że człowiek ma pustkę zamiast sumienia?
Pan Szymon wszedł do kuchni. – A herbata będzie? Przeprowadziłem przecież operację wyzwolenia mieszkania. – Będzie – obiecała babcia.
– Ale najpierw umyj ręce. Uderzałeś tą maczugą w poręcze. Cała trójka zabrała się za porządkowanie. Znaleźli zdjęcie dziadka wepchnięte pod stos cudzych skarpetek.
Babcia przetarła ramkę i odstawiła na miejsce. W kuchni znaleźli torby z kaszą, słoiki przetworów i listę zakupów Wiery: tapety, farba, karnisz, normalna kanapa. – Nie spodobała jej się moja kanapa – zaśmiała się bez cienia wesołości babcia. Worki z rzeczami Wiery stanęły przed klatką obok fikusa.
Kilka sąsiadek obserwowało wydarzenia z daleka. – Pani Anno, kto się właściwie wprowadzał? – Klęska żywiołowa – odparła babcia. – Już została zlikwidowana.
Późnym wieczorem Alina wróciła do swojego mieszkania. Przed drzwiami stał Maksym ze sportową torbą. – Otwieraj. Muszę zabrać swoje rzeczy.
– Jutro je spakuję i wyślę. – Nie masz prawa mnie nie wpuszczać! – Dobrowolnie oddałeś klucze. Gdzie mam nocować?
– U mamy. Przecież doskonale poradzicie sobie bez nas. Mama jest w hostelu. – W takim razie obok niej.
– Alina, porozmawiajmy spokojnie. Wszyscy się unieśliśmy. Chciałem dobrze. Mama została bez dachu nad głową, a babcia mieszka sama.
Znalazłem rozwiązanie. – Znalazłeś rozwiązanie kosztem dwóch cudzych mieszkań. – Po miesiącu bym ją odebrał. – Dokąd?
Do mojego mieszkania, w którym mieszkałaby twoja matka? Nie. Liczyłeś na to, że babcia zostanie tam dłużej. Może na zawsze.
Naprawdę złożysz pozew? – Naprawdę. – Po kilku latach małżeństwa… z powodu mieszkania?!
– Nie z powodu mieszkania. Z powodu ciebie. Maksym cofnął się o pół kroku. – Pożałujesz.
Komu będziesz potrzebna z takim charakterem? – Dzisiaj twoja matka powiedziała dokładnie to samo. – Bo to prawda! – W takim razie rozwód tym bardziej nie powinien cię martwić.
Alina otworzyła drzwi, weszła do środka i zamknęła je za sobą. Rozwiodła się w rekordowym tempie. Nie przeciągała sprawy, nie czekała na obietnice. Po historii z domem opieki każde wyjaśnienie Maksyma brzmiało jak puste zdanie.
Najpierw oskarżał Alinę o okrucieństwo, potem domagał się rekompensaty za lata wspólnego życia. Alina miała rachunki i dokumenty. Rozmawiała z nim wyłącznie o konkretach. Następnego ranka ślusarz wymienił zamki w obu mieszkaniach.
Zapasowe klucze rozdzielono między Alinę, Annę Nowak i pana Szymona. – Po co mnie? – zdziwił się sąsiad. – Na wypadek kolejnego ataku szarańczy – wyjaśniła babcia.
Rzeczy byłego męża Alina spakowała i wysłała kurierem do hostelu, do każdego pudełka dołączając listę zawartości. Fikus pojechał razem z nimi. Kilka dni później Wiera zadzwoniła, żądając zwrotu rozbitego serwisu. Alina przypomniała jej, że pudło pękło, kiedy teściowa udawała atak serca.
Wiera rzuciła słuchawką. Maksym jeszcze kilka razy próbował się spotkać. Wystarczyło jednak, że Alina pytała, dlaczego ukradł klucze i czemu uprzedził pracowników domu opieki, a zaczynał się plątać i oskarżać wszystkich dookoła. Wtedy Alina ostatecznie zrozumiała, że nie żałował tego, co zrobił.
Żałował jedynie, że został zdemaskowany. Anna Nowak szybko doszła do siebie. O domu opieki opowiadała, jakby pojechała na wycieczkę do najabsurdalniejszego miejsca w województwie. – Przynajmniej zobaczyłam, jak żyją ludzie.
I zrozumiałam, że w domu mam prawdziwe sanatorium. Osobny pokój, kuchnię, łazienkę oraz pana Szymona z maczugą. Pan Szymon przy tych słowach z powagą kiwał głową. Alina nigdy nie żałowała swojej decyzji.
Czasami wieczorem wracała do domu, stawiała torbę na jasnej pufie i patrzyła na pusty korytarz. Nie było w nim kraciastych toreb. Nikt nie przestawiał jej rzeczy. Nikt nie przekonywał, że więzy krwi dają prawo do cudzej własności.
W weekendy odwiedzała babcię. Siedziały w kuchni, w której znów pachniało suszoną miętą i konfiturą jabłkową. Anna Nowak siedziała na swoim miejscu przy oknie. Fotografia dziadka stała na komodzie.
Rzeźbiona deska służyła wyłącznie właścicielce. Pan Szymon czasem przychodził na herbatę. Po wejściu stawiał laskę przy drzwiach tak, żeby była dobrze widoczna. – Profilaktycznie – wyjaśniał.
Alina nalewała mu herbaty, a babcia przesuwała w jego stronę talerzyk z ciastkami.


