– Dobry, kogo dziś mamy? Witam wszystkich serdecznie. No, czekamy na Julkę, jest na treningu. Ludzie zaczęli się wylewać z pozdrowieniami, ktoś pytał o nowy warsztat, ktoś o części.

Ale najważniejsze usłyszałem od mojego najlepszego przyjaciela od pięćdziesięciu lat – dostał skierowanie do stacjonarnego hospicjum. I wtedy wszystko we mnie zamarło. – Choroba nie wybiera – powiedziałem do kamery, chyba bardziej do siebie. – Nigdy nie wiemy, kiedy przyjdzie nasz czas.
Dlatego mówię wam wszystkim: nie kłóćcie się, nie miejcie do siebie żalu. Życie jest za krótkie na głupie fochy. A sam czułem, że coś ze mną nie tak. Przespałem całą sobotę i niedzielę, a nadal byłem zmęczony.
Wstydziłem się do tego przyznać, ale wiedziałem, że muszę zrobić badania i wreszcie zadbać o siebie. Tymczasem w sklepie szykowała się duża zmiana. TecDoc, czyli wyszukiwarka części po drzewku pojazdu, miała przestać działać. Kosztowała piętnaście tysięcy złotych na kwartał, a przy tak małej sprzedaży nie było nas na nią stać.
– Przepraszam was za to – powiedziałem. – Ale wolę, żeby ktoś wam doradził przez telefon i dobrał części, niż żebym płacił takie pieniądze. Jak tylko wzrośnie obrót, na pewno do tego wrócimy. Ludzie doradzali mi, dokąd jechać na wakacje.
Agata chciała do Chorwacji, ja myślałem o Albanii. Ktoś wspomniał o Montenegro, ktoś inny o wyspie Krk. Temperatury w Baška miały wzrosnąć do trzydziestu pięciu stopni. Wszędzie tłumy, wszędzie trudno było cokolwiek znaleźć na ostatnią chwilę.
– Starigrad – rzuciłem w końcu. – Tam jest pięknie. Byłem już trzy razy i wiem, że warto. Planowałem trasę przez Słowację i Węgry, z dala od Austrii, z której nie miałem dobrych wspomnień z czasów transportu.
Kupiłem już winietę na Słowację, a potem okazało się, że tunel na granicy jest zamknięty i objazd wiedzie przez Czechy. Musiałem dokupić kolejną winietę. Trzysta złotych w błoto, ale co było robić. W międzyczasie rozmowa zeszła na temat firmy, z którą wcześniej współpracowałem.
– Zostawiłem ich – powiedziałem wprost. – Przyszła kolejna reklamacja. Stwierdziłem, że nie będę robił z ludzi frajerów. Lepiej mieć was po swojej stronie niż jednego gościa, który nie odbiera telefonu.
Ludzie przyznali mi rację. Mówili, że pokazałem klasę i że niektórzy powinni się ode mnie uczyć. – Słuchajcie – odpowiedziałem. – Człowiek, który okazuje mi szacunek i chce ze mną rozmawiać, nie zostanie przeze mnie olewany.
Jestem tu dla was, nie wy dla mnie. Jak wam się nie podoba, to mówię „adios” i tyle. Zaczęliśmy rozmawiać o wakacjach, o przyczepie, którą ciągnę – szerokiej na dwa i pół metra, ważącej dwie tony. Ktoś ostrzegał przed kontrolami przeciążonych przyczep w tym sezonie.
Ktoś inny pytał o butle gazowe do kampera. – Wiecie co, muszę sobie kupić gazbanki – przyznałem. – Dziś wyciągnąłem dwie butle i zważyłem je. Jedna miała dwadzieścia kilogramów, druga dziewiętnaście.
Czyli prawie pełne, ale nie wiedziałem tego na pewno. Z gazbankiem nie ma problemu – zawsze dolejesz i jedziesz dalej. – Musisz mieć gazbank, to super sprawa – potwierdził ktoś z widzów. – Dokładnie tak – zgodziłem się.
– Poza tym są lżejsze i nie musisz wymieniać całej butli za granicą, bo tam mają inne gwinty. A potem ktoś zapytał o Julkę i plecy. I wtedy opowiedziałem historię, która naprawdę mnie poruszyła. Julka miała zanik mięśni.
Kręgosłup zaczął jej się wykrzywiać, musiała nosić gorset. Lekarze mówili, że czeka ją co najmniej rok noszenia tego gorsetu, a wiosną kolejne trzy miesiące w szpitalu. W szpitalu poprawa wyniosła trzy procent. To niby dużo, bo skrzywienie wynosiło siedemnaście, osiemnaście procent – kręgosłup zaczął się zwijać jak trąba.
Ktoś polecił nam fizjoterapeutę. Agata nie chciała tam iść, bo facet wyglądał jak po zawodach bokserskich – uszy jak kalafiory, cały napakowany. Mówiła, że jakby go spotkała w ciemnej uliczce, to by się posikała ze strachu. Ale Julka chciała tam iść.
Słyszała dobre opinie. Ja stanąłem po jej stronie i pokłóciłem się z Agatą. – Dziecko musi być zdrowe – powiedziałem. – Nie patrz na wygląd.
Ja też nie jestem piękny, a jakoś ludzie ze mną rozmawiają. Daj mu szansę. Ten facet na początku powiedział Julce wprost: „Nie, córeczko, tak cię nie wezmę. Muszę mieć całą twoją dokumentację medyczną.
Muszę wiedzieć, w którą stronę przesuwa się twój kręgosłup, gdzie trzeba go budować i jak”. Kosztowało to tysiąc sześćset złotych miesięcznie. Sprowadził lekarza, zrobili konsultacje. I zaczęli ćwiczyć.
Trzy miesiące. Po trzech miesiącach Julka miała widoczne mięśnie na brzuchu, na plecach. Lekarze byli w szoku – mówili, że to niemożliwe, że w trzy miesiące mięśnie zaczęły się w ogóle pojawiać. Ten trener był twardy.
Jak Julka mówiła, że źle się czuje i nie przyjdzie na trening, odpowiadał: „Wypij herbatę, a potem masz być na sali. Dyskusji nie ma”. Jak jechaliśmy na wakacje, powiedział: „Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz. Masz mieć internet, bo będę z nią ćwiczył zdalnie”.
Dwa razy w tygodniu po dwie godziny, bo jak przestaną, mięśnie zanikną i wszystko wróci. A przy okazji Julka pokazała mi coś jeszcze. Dziecko na wózku, które nie chodziło od siedmiu lat, dzięki niemu zaczynało wstawać i stawiać pierwsze kroki. – Jak go zobaczycie, to się śmiejecie – mówiłem.
– Nie wygląda jak ktoś, komu powierzylibyście dziecko. Ale ten człowiek robi rzeczy, o jakich inni mogą tylko pomarzyć. Polecam go z całego serca. Agata do dziś przeprasza, że wątpiła.
Potem rozmowa zeszła na temat alkoholizmu i nałogów. Miałem na ten temat wyrobione zdanie. – Alkoholizm to nie choroba – powiedziałem. – To wybór.
Możesz mieć trudną sytuację, możesz być w żałobie, ale nie musisz sięgać po kieliszek. To zależy tylko od ciebie. Ktoś się nie zgadzał, twierdził, że są ludzie z predyspozycjami genetycznymi. Ale ja obstawałem przy swoim.
– Sam paliłem przez trzydzieści lat, jak smok – powiedziałem. – Zaczynałem w trzeciej klasie podstawówki. Trzy paczki dziennie. Próbowałem rzucić przez dwadzieścia lat – plastry, tabletki, nic nie działało.
Rzuciłem dopiero, gdy dostałem ciężkiego zapalenia płuc i papieros dławił mnie tak, że myślałem, że umrę. I tak po prostu przestałem. Trzy lata temu. – Czujesz się lepiej?
– zapytał ktoś. – Nie. Oddycham tak samo, czuję się tak samo. Przytyłem trzydzieści kilo.
Jedyna różnica jest taka, że pieniądze zostają w kieszeni. Paliliśmy z Agatą za trzy tysiące miesięcznie. To jest jedyna motywacja, żeby nie wracać. Opowiedziałem, jak Agata po trzech latach zapaliła jednego papierosa, zrobiło jej się niedobrze i poszła do łazienki się wytrzeźwieć.
– Teraz mówi, że już nigdy nie zapali. Bo nie można wracać do nałogu. Skończyłem wątek papierosów, bo ktoś zapytał o młodego. Warsztat ruszał pełną parą – nowy mechanik, znajomy pana Bąskiego, miał zacząć pierwszego sierpnia, ale już pierwszego dnia wziął auto i zrobił wymianę oleju.
– Jestem z niego dumny – przyznałem. – Chłopak się angażuje. Ludzie życzyli mi udanych wakacji. Mówili, żebym odpoczął, że na to zasłużyłem.
– Dobra, kończymy – powiedziałem. – Idziemy myć auta i przyczepę. Trzymajcie się.
I wyłączyłem transmisję, czując, że chociaż ten dzień był zwariowany, to gdzieś w środku mam spokój, którego dawno nie czułem.


