Przez całe życie wmawiałem sobie, że to nie moja sprawa. Że ktoś inny się tym zajmie. A potem moja córka dostała skierowanie do szpitala na trzy miesiące, bo jej kręgosłup zaczął się wykrzywiać…

Przez całe życie wmawiałem sobie, że to nie moja sprawa. Że ktoś inny się tym zajmie. A potem moja córka dostała skierowanie do szpitala na trzy miesiące, bo jej kręgosłup zaczął się wykrzywiać...

– Dobry, kogo dziś mamy? Witam wszystkich serdecznie. No, czekamy na Julkę, jest na treningu. Ludzie zaczęli się wylewać z pozdrowieniami, ktoś pytał o nowy warsztat, ktoś o części.

Thumbnail

Ale najważniejsze usłyszałem od mojego najlepszego przyjaciela od pięćdziesięciu lat – dostał skierowanie do stacjonarnego hospicjum. I wtedy wszystko we mnie zamarło. – Choroba nie wybiera – powiedziałem do kamery, chyba bardziej do siebie. – Nigdy nie wiemy, kiedy przyjdzie nasz czas.

Dlatego mówię wam wszystkim: nie kłóćcie się, nie miejcie do siebie żalu. Życie jest za krótkie na głupie fochy. A sam czułem, że coś ze mną nie tak. Przespałem całą sobotę i niedzielę, a nadal byłem zmęczony.

Wstydziłem się do tego przyznać, ale wiedziałem, że muszę zrobić badania i wreszcie zadbać o siebie. Tymczasem w sklepie szykowała się duża zmiana. TecDoc, czyli wyszukiwarka części po drzewku pojazdu, miała przestać działać. Kosztowała piętnaście tysięcy złotych na kwartał, a przy tak małej sprzedaży nie było nas na nią stać.

– Przepraszam was za to – powiedziałem. – Ale wolę, żeby ktoś wam doradził przez telefon i dobrał części, niż żebym płacił takie pieniądze. Jak tylko wzrośnie obrót, na pewno do tego wrócimy. Ludzie doradzali mi, dokąd jechać na wakacje.

Agata chciała do Chorwacji, ja myślałem o Albanii. Ktoś wspomniał o Montenegro, ktoś inny o wyspie Krk. Temperatury w Baška miały wzrosnąć do trzydziestu pięciu stopni. Wszędzie tłumy, wszędzie trudno było cokolwiek znaleźć na ostatnią chwilę.

– Starigrad – rzuciłem w końcu. – Tam jest pięknie. Byłem już trzy razy i wiem, że warto. Planowałem trasę przez Słowację i Węgry, z dala od Austrii, z której nie miałem dobrych wspomnień z czasów transportu.

Kupiłem już winietę na Słowację, a potem okazało się, że tunel na granicy jest zamknięty i objazd wiedzie przez Czechy. Musiałem dokupić kolejną winietę. Trzysta złotych w błoto, ale co było robić. W międzyczasie rozmowa zeszła na temat firmy, z którą wcześniej współpracowałem.

– Zostawiłem ich – powiedziałem wprost. – Przyszła kolejna reklamacja. Stwierdziłem, że nie będę robił z ludzi frajerów. Lepiej mieć was po swojej stronie niż jednego gościa, który nie odbiera telefonu.

Ludzie przyznali mi rację. Mówili, że pokazałem klasę i że niektórzy powinni się ode mnie uczyć. – Słuchajcie – odpowiedziałem. – Człowiek, który okazuje mi szacunek i chce ze mną rozmawiać, nie zostanie przeze mnie olewany.

Jestem tu dla was, nie wy dla mnie. Jak wam się nie podoba, to mówię „adios” i tyle. Zaczęliśmy rozmawiać o wakacjach, o przyczepie, którą ciągnę – szerokiej na dwa i pół metra, ważącej dwie tony. Ktoś ostrzegał przed kontrolami przeciążonych przyczep w tym sezonie.

Ktoś inny pytał o butle gazowe do kampera. – Wiecie co, muszę sobie kupić gazbanki – przyznałem. – Dziś wyciągnąłem dwie butle i zważyłem je. Jedna miała dwadzieścia kilogramów, druga dziewiętnaście.

Czyli prawie pełne, ale nie wiedziałem tego na pewno. Z gazbankiem nie ma problemu – zawsze dolejesz i jedziesz dalej. – Musisz mieć gazbank, to super sprawa – potwierdził ktoś z widzów. – Dokładnie tak – zgodziłem się.

– Poza tym są lżejsze i nie musisz wymieniać całej butli za granicą, bo tam mają inne gwinty. A potem ktoś zapytał o Julkę i plecy. I wtedy opowiedziałem historię, która naprawdę mnie poruszyła. Julka miała zanik mięśni.

Kręgosłup zaczął jej się wykrzywiać, musiała nosić gorset. Lekarze mówili, że czeka ją co najmniej rok noszenia tego gorsetu, a wiosną kolejne trzy miesiące w szpitalu. W szpitalu poprawa wyniosła trzy procent. To niby dużo, bo skrzywienie wynosiło siedemnaście, osiemnaście procent – kręgosłup zaczął się zwijać jak trąba.

Ktoś polecił nam fizjoterapeutę. Agata nie chciała tam iść, bo facet wyglądał jak po zawodach bokserskich – uszy jak kalafiory, cały napakowany. Mówiła, że jakby go spotkała w ciemnej uliczce, to by się posikała ze strachu. Ale Julka chciała tam iść.

Słyszała dobre opinie. Ja stanąłem po jej stronie i pokłóciłem się z Agatą. – Dziecko musi być zdrowe – powiedziałem. – Nie patrz na wygląd.

Ja też nie jestem piękny, a jakoś ludzie ze mną rozmawiają. Daj mu szansę. Ten facet na początku powiedział Julce wprost: „Nie, córeczko, tak cię nie wezmę. Muszę mieć całą twoją dokumentację medyczną.

Muszę wiedzieć, w którą stronę przesuwa się twój kręgosłup, gdzie trzeba go budować i jak”. Kosztowało to tysiąc sześćset złotych miesięcznie. Sprowadził lekarza, zrobili konsultacje. I zaczęli ćwiczyć.

Trzy miesiące. Po trzech miesiącach Julka miała widoczne mięśnie na brzuchu, na plecach. Lekarze byli w szoku – mówili, że to niemożliwe, że w trzy miesiące mięśnie zaczęły się w ogóle pojawiać. Ten trener był twardy.

Jak Julka mówiła, że źle się czuje i nie przyjdzie na trening, odpowiadał: „Wypij herbatę, a potem masz być na sali. Dyskusji nie ma”. Jak jechaliśmy na wakacje, powiedział: „Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz. Masz mieć internet, bo będę z nią ćwiczył zdalnie”.

Dwa razy w tygodniu po dwie godziny, bo jak przestaną, mięśnie zanikną i wszystko wróci. A przy okazji Julka pokazała mi coś jeszcze. Dziecko na wózku, które nie chodziło od siedmiu lat, dzięki niemu zaczynało wstawać i stawiać pierwsze kroki. – Jak go zobaczycie, to się śmiejecie – mówiłem.

– Nie wygląda jak ktoś, komu powierzylibyście dziecko. Ale ten człowiek robi rzeczy, o jakich inni mogą tylko pomarzyć. Polecam go z całego serca. Agata do dziś przeprasza, że wątpiła.

Potem rozmowa zeszła na temat alkoholizmu i nałogów. Miałem na ten temat wyrobione zdanie. – Alkoholizm to nie choroba – powiedziałem. – To wybór.

Możesz mieć trudną sytuację, możesz być w żałobie, ale nie musisz sięgać po kieliszek. To zależy tylko od ciebie. Ktoś się nie zgadzał, twierdził, że są ludzie z predyspozycjami genetycznymi. Ale ja obstawałem przy swoim.

– Sam paliłem przez trzydzieści lat, jak smok – powiedziałem. – Zaczynałem w trzeciej klasie podstawówki. Trzy paczki dziennie. Próbowałem rzucić przez dwadzieścia lat – plastry, tabletki, nic nie działało.

Rzuciłem dopiero, gdy dostałem ciężkiego zapalenia płuc i papieros dławił mnie tak, że myślałem, że umrę. I tak po prostu przestałem. Trzy lata temu. – Czujesz się lepiej?

– zapytał ktoś. – Nie. Oddycham tak samo, czuję się tak samo. Przytyłem trzydzieści kilo.

Jedyna różnica jest taka, że pieniądze zostają w kieszeni. Paliliśmy z Agatą za trzy tysiące miesięcznie. To jest jedyna motywacja, żeby nie wracać. Opowiedziałem, jak Agata po trzech latach zapaliła jednego papierosa, zrobiło jej się niedobrze i poszła do łazienki się wytrzeźwieć.

– Teraz mówi, że już nigdy nie zapali. Bo nie można wracać do nałogu. Skończyłem wątek papierosów, bo ktoś zapytał o młodego. Warsztat ruszał pełną parą – nowy mechanik, znajomy pana Bąskiego, miał zacząć pierwszego sierpnia, ale już pierwszego dnia wziął auto i zrobił wymianę oleju.

– Jestem z niego dumny – przyznałem. – Chłopak się angażuje. Ludzie życzyli mi udanych wakacji. Mówili, żebym odpoczął, że na to zasłużyłem.

– Dobra, kończymy – powiedziałem. – Idziemy myć auta i przyczepę. Trzymajcie się.

I wyłączyłem transmisję, czując, że chociaż ten dzień był zwariowany, to gdzieś w środku mam spokój, którego dawno nie czułem.