Wszędzie pusto. Place pusty, warsztat pusty, chłopaków już nie ma. Zostały tylko gołe ściany i my. Dwa lata równiutkie tu byliśmy, a teraz pakujemy ostatnie manatki i uciekamy stąd.

Wypowiedziano nam umowę na cały budynek. Meblarz się wyprowadził, ci od wind też, streetwearowcy też. Wszystkich nas stąd pogonili. Jutro rwiemy podnośniki.
Za demontaż, przewóz i montaż czterech podnośników ktoś chciał ponad dziesięć tysięcy netto. Kamil powiedział, że sam to zrobi po tysiącu od sztuki na fakturę. Deweloperzy odkupią ten plac, jestem pewien. Idę o zakład, że za dwa lata zgarną to wszystko.
Spekulują, że na budowę brakuje nam kasy. To nie chodzi o kasę. Chodzi o pozwolenia. Ktoś życzliwy doniósł do wyższych władz, więc dostaliśmy nakaz, żeby teren przebadali archeolodzy i ludzie od zabytków.
Oni mają na to pół roku, może rok. Nie stać mnie, żeby tyle czasu siedzieć w domu i patrzeć w sufit, więc musieliśmy działać. Od czerwca, kiedy się dowiedziałem o przeprowadzce, ktoś mi pieprznął łeb. Szukaliśmy nowej hali.
Mieliśmy pewniaka, że już jest, i po miesiącu okazało się, że nici. Potem działka u Stasia, kolejny miesiąc w błoto. Potem mieliśmy się budować, wszystko spięte na ostatni guzik, i w ostatniej chwili się okazało, że działka ma dopisek U14, który mówi bardzo dużo. Nie wypaliło.
Dziś wreszcie coś się ruszyło. Podpisaliśmy umowę na nowy warsztat. Wszyscy pytają gdzie. Nie chcesz mieć wrogów?
Będzie wrogów od groma i ciut ciut. W końcu powiedzieliśmy: jedziemy na Oławę. Na samiutki środek, jakby pod Pałac Kultury, tylko z tyłu, za podwórkiem. Lipowa, na terenie Galerii Oławskiej.
Wejdziesz do galerii, wyjdziesz drugą stroną i wpadniesz prosto na nas. Wynajem za połowę ceny w porównaniu z tym, co było. Pięć tysięcy miesięcznie, podpisane na bardzo długo. Z tego punktu nie zrezygnujemy, nawet jak postawimy własną halę.
Będziemy mieć dwa warsztaty. Do tego kupiliśmy maszyny do wulkanizacji, będzie też myjnia, bo są odpływy. Pięć podnośników, kanał, brama przejazdowa – wjeżdżasz jedną, wyjeżdżasz drugą. Właściciel poprzedniego komisu kończy tam z końcem miesiąca, więc zostanie nam cały pusty plac.
Na placu stoi teraz z czterdzieści, pięćdziesiąt aut na sprzedaż. Jak znikną, będzie parking dla klientów. Z jednej strony siedemnaście kamer, od galerii ze dwieście. Zabezpieczone jak trzeba.
Mateusz z Marcinem się cieszą. Kamil już ma kawę i życie mu się uśmiecha. Ja jakoś tego nie czuję. Naprawdę nie czuję.
Wszyscy mówią, że jak zobaczę ten warsztat, to mi się spodoba. Może i tak. Może i nie. Będzie więcej podnośników, więcej mechaników, więcej wszystkiego.
Do tego od września ruszamy z pierwszą franczyzą na Bielanach Wrocławskich, a może i kolejne warsztaty dołącza. Trzeba się rozwijać, pomalutku do przodu. Przyjechała wreszcie laweta. Załadowaliśmy busa, doładowaliśmy go jeszcze tym, co się zmieściło.
Zapłaciłem kierowcy zrzutką – miałem trzysta trzydzieści, on chciał trzysta siedemdziesiąt, dogadaliśmy się na trzy paczki i stówę. Zgaśmy światła, zamykajmy. Jedziemy. Po ciemku wjechaliśmy na tyły nowego miejsca.
Laweta ledwo weszła w bramę, zahaczyła o coś, ale wjechała. Wokół wielka galeria, a pośrodku nasz budyneczek. Właściciele jeszcze urzędują w kawałku, ale to do końca miesiąca. Wszystkie te autka na sprzedaż znikną, a my zostaniemy sami z całym placem.
Jeszcze nie wiem, jak to będzie. Do dziś rana nic nie było pewne. Ale wreszcie coś się dzieje w dobrym kierunku.
Wreszcie uśmiech pojawił się na mojej twarzy.


