Spojrzałem w dół do ciemnej, wilgotnej studzienki i poczułem, jak krew zalewa mi oczy. Ktoś z brutalną siłą rozkuł betonową obudowę, podpiął do mojego głównego zaworu gruby strażacki wąż i poprowadził go zmyślnym, dobrze zamaskowanym podkopem prosto na sąsiednią posesję. Jolanta kłamie prosto w oczy, a jeśli dowody zmuszą ją do przyznania się, ze śmiechem płaci wyrok. Dla ludzi takich jak ona system sprawiedliwości to nie kara, to tylko drobna, nic nieznacząca niedogodność.

Cały ten skomplikowany system rur zbiegał się w wielkim, łatwo dostępnym węźle instalacyjnym w mojej piwnicy. Wystarczyło zejść po schodach w dół, zamknąć zaledwie jeden główny stalowy zawór, odpiąć ten boczny obieg przy użyciu potężnej pompy wirowej i podłączyć go prosto do mojego domowego szamba. Mój betonowy zbiornik na nieczystości był akurat pełen po same brzegi, grzecznie czekając na zaplanowany za dokładnie dwa dni przyjazd wozu asenizacyjnego. Jolanta krzyczała do swoich robotników, by nazajutrz, wczesnym popołudniem, tuż przed wielkim bankietem z udziałem ważnych gości, odkręcili zawory i wyrównali poziom basenu na absolutny błysk.
Pierwszym krokiem było dostanie się do głównego zbiornika mojego szamba ukrytego pod trawnikiem z tyłu domu. W dole, zaledwie kilkanaście centymetrów pod krawędzią, bulgotało dokładnie 100 000 litrów mojego autorskiego nawozu. Miałem w garażu profesjonalną zanurzeniową pompę wirokową do brudnej wody o potężnej mocy 2000 watów, z wbudowanym żeliwnym rozdrabniaczem. Następnie rozciągnąłem zbrojony wąż tłoczny i poprowadziłem go przez uchylone okienko prosto do mojej piwnicy.
Tam, przy głównym węźle instalacyjnym, odciąłem zasilanie czystej wody z wodociągów, które do tej pory z taką radością kradła Jolanta. Kabel zasilający od pompy podłączyłem do inteligentnego gniazdka, które mogłem w każdej chwili włączyć z poziomu specjalnej aplikacji w moim telefonie. Musiałem czekać aż do godziny 13:00, kiedy wreszcie zza płotu dobiegł mnie ten jeden wyczekiwany okrzyk. „Krystalizator i chlor już wsypane do filtrów, to proszę odkręcić ten duży zawór przy ogrodzeniu i dolać wody na maksa!
” – wrzasnęła Jolanta do swojego pracownika. Usłyszałem ciężkie kroki pracownika zbliżającego się do ukrytego przyłącza. Piekielna machina ruszyła do pracy pod olbrzymim ciśnieniem, tłocząc pierwsze litry gęstej biologicznej niespodzianki prosto w stronę luksusowej laguny mojej sąsiadki. To, co miało się wydarzyć za kilkanaście sekund, miało na zawsze przejść do historii tego osiedla.
Strumień szamba uderzył z taką siłą, że w ułamku sekundy zalał drogocenne hiszpańskie kafelki, opryskał śnieżnobiałe bankietowe namioty i z ogromnym impetem wpadł prosto do błękitnej, luksusowej laguny. Upał był tego dnia nie do zniesienia, a temperatura przekraczała 30 stopni Celsjusza. Gęsty, obezwładniający odór 10 000 litrów szamba unosił się w powietrzu. Oficjalne zgłoszenie tego incydentu oznaczałoby jednoznaczne przyznanie się do wykonania nielegalnego podkopu i kradzieży wody na kwotę niemal 5000 złotych, a za to groziłyby jej bardzo poważne zarzuty karne.
A ja wieczorem tego samego dnia, popijając lodowato zimne piwo na swoim tarasie, włożyłem do białej koperty kopię mojego gigantycznego rachunku za wodę. Wrzuciłem list do jej skrzynki pod osłoną nocy. Zanim stąd pójdziesz, mam do ciebie jedną cholernie ważną prośbę. A żeby udowodnić mi, że dotrwałeś do samego aromatycznego końca, napisz w komentarzu słowo „szambo”.
Mieliście kiedyś do czynienia z sąsiadem z piekła rodem? Trzymajcie się i pamiętajcie, bądźcie dobrymi sąsiadami, bo nigdy nie wiecie, kto ma dostęp do głównych zaworów.


