Został sam w pustym mieszkaniu, które już do niego nie należało. Ludzie wokół spieszyli się do biur, rozmawiali przez telefony, śmiali się. Nogi same poniosły go w stronę starego parku na Mokotowie. W pewnym momencie poczuł zapach, który kompletnie nie pasował do tego jesiennego, chłodnego dnia.

Uśmiechnął się do siebie po raz pierwszy od miesięcy. Schował telefon głęboko do kieszeni i spojrzał na Małgorzatę. Jeszcze niedawno te same palce podpisywały kontrakty opiewające na kwoty, od których kręciło się w głowie, a teraz były umazane mąką i pachniały smażoną cebulą. To nie był upadek, o jakim piszą w podręcznikach do ekonomii.
Była pani Halinka, która lepiła pierogi szybciej, niż on potrafiłby policzyć do dziesięciu. „Chcę tylko, żebyś pozwoliła mi pogadać z twoimi dostawcami i dała mi dostęp do umowy najmu”. „No dobrze, i tak nie mam nic do stracenia, ale pamiętaj, to są twardzi ludzie z Pragi, a nie panowie pod krawatami”. Wieczorem zamiast wracać do małego wynajętego pokoju na Targówku, Krzysztof został w biurze Gosi.
Okazało się, że firma, która wynajmowała Małgorzacie lokal, należała do holdingu Gryf. Doprowadzał lokale do bankructwa wysokimi czynszami, a potem burzył kamienice, by stawiać luksusowe apartamentowce. Krzysztof Wolski do dyrektora operacyjnego. Dyrektor spojrzał na niego z chłodnym uśmiechem.
„Krzysztof, słyszałem, że… no wiesz, przykra sprawa. Co cię do nas sprowadza? ”
„Albo podpiszecie aneks z obniżką o 40%, albo sprawa trafi do mediów”.
Kiedy Krzysztof wrócił do lokalu dwie godziny później, Małgorzata właśnie wydawała obiady. Do środka weszła kobieta. Stanęła jak wryta. „No nie, Krzysztof.
Myślałam, że te plotki o tym, że stoczyłeś się do garów, to tylko złośliwe żarty moich znajomych”. „Natalia, ty i Marek pasujecie do siebie idealnie. Masz głowę do wielkich rzeczy”. „To do roboty, panie prezesie.
Stoły same się nie wytrą”. Pracowali do późnej nocy. Nie czuł nienawiści do tego bólu. Gosia nie uśmiechała się do niego znad stolnicy.
Krzysztof podszedł do niej i położył jej dłoń na ramieniu. Wiedział, z kim ma do czynienia. „Odetną nam dojście do lokalu na tydzień, może dwa”. Wyciągnął numer do człowieka, który kiedyś był jego cieniem, a potem zniknął, gdy imperium zaczęło upadać.
Do starego brygadzisty Stefana, który znał każdą dziurę w warszawskich drogach i każdego operatora koparki w tym mieście. Stefan pojawił się na miejscu w swoim starym busie, mrugając do Krzysztofa. Fryzjer z naprzeciwka, właściciel sklepu z częściami do rowerów, staruszka sprzedająca kwiaty. Ten sam, który kiedyś należał do Krzysztofa.
Wsiadł do auta i odjechał z piskiem opon. Marek był przyciśnięty do muru, a tacy ludzie są najniebezpieczniejsi. „Słuchajcie”, zaczął Krzysztof, rozlewając herbatę do szklanek. Nagle Nikodem rzucił się do przodu, chwytając ciężką żeliwną patelnię Halinki, która leżała na blacie.
„Nikodem, co ty robisz, do cholery? ”
„Marek powiedział, że jeśli tego nie zrobię, mój brat trafi do więzienia za coś, czego nie zrobił”. Marek posunął się do szantażu na dzieciaku. Krzysztof podszedł do chłopaka i położył mu dłoń na ramieniu, mówiąc łagodnie:
„Już wszystko dobrze”.
Wyszedł przed lokal, patrząc na budzący się do życia świt nad Warszawą. Zadzwonił do Szymona, tego młodego dziennikarza, który marzył o nagrodzie Grand Press, i do Stefana, starego brygadzisty. Krzysztof kazał Nikodemowi zadzwonić do ludzi Marka i zameldować, że zadanie wykonane, a lokal płonie. „No cóż, banki nie lubią czekać”.
Krzysztof wyszedł do niej na zewnątrz. Małgorzata stała z założonymi rękami. „Bałam się biedy, ale my do siebie pasujemy”. Wskazał na wejście do pierogarni.
Odwrócił się i wszedł do środka, nie czekając na jej odpowiedź. Krzysztof nie wrócił do wielkich nieruchomości. Wykorzystał swoje doświadczenie, by stworzyć sieć lokali, które zatrudniały ludzi w trudnej sytuacji życiowej, takich jak Nikodem czy inne osoby, którym system zamknął drzwi przed nosem.


