Niedzielny obiad u Krystyny zawsze wyglądał tak samo. Stary dębowy stół uginał się od porcelany, którą dostała w prezencie ślubnym 50 lat temu. W powietrzu unosił się zapach rosołu i pieczonej kaczki, jej specjalności. Krystyna miała 82 lata.

Siedziała na szczycie stołu w swoim najlepszym, choć nieco wytartym swetrze. Jej ręce drżały lekko, gdy unosiła łyżkę do ust, ale nikt nie patrzył na jej ręce. Nikt nie patrzył w jej oczy. Dla syna Marka i synowej Beaty Krystyna była tylko meblem.
Starym, zepsutym meblem, który zajmuje zbyt dużo miejsca w salonie. – Podać ci serwetkę? – zapytała Beata głośno, sylabizując każde słowo, jakby mówiła do małego dziecka albo cudzoziemca. Zrobiła przy tym minę pełną męczeństwa.
Krystyna nie odpowiedziała. Patrzyła tępo w talerz. Od udaru, który przeszła 6 miesięcy temu, oficjalnie nie było z nią kontaktu. Lekarze mówili o afazji i głębokim niedosłuchu.
Rodzina przyjęła to z ulgą. Cisza matki była im na rękę. – Jezu, jak ona mlaszcze! – szepnął Marek, nie kryjąc obrzydzenia, choć siedział metr od matki.
– Nie mogę tego słuchać. – Wytrzymaj, kochanie! – odpowiedziała Beata normalnym głosem, nakładając sobie ziemniaki. – To już niedługo.
Krystyna wiedziała, o czym mówią. Słuch wrócił jej trzy miesiące temu, mowa: dwa tygodnie temu. Ale milczała. Chciała wiedzieć, ile warta jest dla nich miłość matki.
Właśnie miała poznać cenę. – Rozmawiałam wczoraj z notariuszem – powiedziała Beata, przeżuwając kawałek mięsa. – Jeśli podpisze papiery we wtorek, do końca miesiąca możemy ją przenieść do tego słonecznego domu? – Zwariowałaś?
– prychnął Marek. – Słoneczny dom kosztuje 4000 miesięcznie. Znalazłem coś tańszego pod Radomiem. Jesienna Przystań, 2500.
Warunki może nie luksusowe, ale przecież ona i tak nie wie, gdzie jest. Marek pokiwał głową, popijając wino. – Masz rację. Po co przepłacać?
Ważne, żebyśmy sprzedali ten dom jak najszybciej. Deweloper dzwonił, że daje milion 300 000, jeśli działka będzie pusta do lipca. – Milion 300 – rozmarzyła się Beata. – Kupimy ten apartament w Wilanowie i wreszcie pozbędziemy się tego zapachu starości.
Krystyna siedziała nieruchomo. Jej twarz była maską, ale pod stołem, na kolanach przykrytych serwetką, jej lewa dłoń zacisnęła się w pięść tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę. Słyszała każde słowo. Właśnie poznała cenę swojej godności: 2500 złotych miesięcznie.
Drzwi do jadalni otworzyły się cicho. Do środka weszła Sylwia. Była żona Marka. Kobieta, którą Marek zostawił 5 lat temu dla młodszej i bardziej przebojowej Beaty.
Sylwia wyglądała na zmęczoną. Pracowała na dwie zmiany w supermarkecie, żeby utrzymać córkę, wnuczkę Krystyny, o której Marek zapomniał odkąd przestał płacić alimenty. Beata upuściła widelec. – Co ty tu robisz?
– krzyknęła. – Jak weszłaś? Sylwia nie odpowiedziała. Patrzyła na Krystynę, a w jej oczach błyszczały łzy.
– Przyszłam do mamy – powiedziała cicho. – Nie masz tu czego szukać – warknęła Beata, wstając od stołu. – To nie jest już twój dom. Oddaj klucze, bo wezwę policję.
Krystyna powoli podniosła głowę. Po raz pierwszy od sześciu miesięcy spojrzała na syna prosto w oczy. Marek zamarł z widelcem w połowie drogi do ust. – Mamo?
– wyjąkał. Krystyna wstała. Jej ruchy były powolne, ale stanowcze. Podeszła do kredensu, wyjęła z niego grubą kopertę i położyła ją na stole.
– To jest testament – powiedziała czystym, wyraźnym głosem. – Sporządzony trzy tygodnie temu u notariusza. – Ale… ty nie możesz mówić – Beata zbladła. – Lekarze mówili…
– Lekarze mówili, że mam afazję i niedosłuch – przerwała Krystyna.
– Ale słuch wrócił mi trzy miesiące temu. Mowa: dwa tygodnie temu. Milczałam, bo chciałam wiedzieć, kim naprawdę jesteście. Zapadła cisza.
Marek i Beata wpatrywali się w nią z otwartymi ustami. – Masz rację co do ceny – kontynuowała Krystyna, a jej głos był zimny jak lód. – Jesienna Przystań kosztuje 2500 złotych. Ale wiesz, co jest śmieszne?
Dom, który chcecie sprzedać deweloperowi, zawsze należał do mnie. Nie do was. Do mnie. A ja, zgodnie z tym testamentem, nie zostawiam wam ani złotówki.
Beata zachwiała się na nogach. – Dom przechodzi na Sylwię – oznajmiła Krystyna. – I na jej córkę. Moją wnuczkę, o której oboje zapomnieliście.
Wszystko, co mam, dostanie ta kobieta, która pracuje na dwie zmiany, żeby utrzymać dziecko, podczas gdy mój syn pił wino i planował, jak szybko wyśle mnie do przytułku. Marek próbował coś powiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle. – A wy? – Krystyna spojrzała na syna i synową.
– Macie 30 dni na wyprowadzkę. Jeśli spróbujecie podważyć testament, spotkamy się w sądzie. A sąd, uwierz mi, nie będzie dla was łaskawy, gdy przedstawię nagrania z mojego telefonu, które robiłam podczas waszych niedzielnych obiadów. Sylwia podeszła do teściowej i objęła ją ramieniem.
Krystyna pozwoliła sobie na uśmiech. Pierwszy uśmiech od sześciu miesięcy. – Halo, dziecko – powiedziała cicho, patrząc na Sylwię. – Przyjedź do nas, weź córkę i zrób więcej tego musu jabłkowego.
Do usłyszenia. Marek i Beata stali w milczeniu, patrząc, jak dwie kobiety wychodzą z jadalni. Na stole został zimny rosół i testament, który właśnie wywrócił cały ich świat do góry nogami.


