Stałem przed drzwiami mojego dawnego pokoju w domu rodziców w Krakowie, trzymając stary klucz, który nosiłem ze sobą od dzieciństwa. Przyjechałem z Warszawy na ferie zimowe, wyczerpany egzaminami w konserwatorium. Byłem w połowie drugiego roku studiów muzycznych. Chciałem tylko rzucić torbę na łóżko i położyć się spać.

Ale pokój już nie był mój. Teraz to była graciarnia. Ewa, moja starsza siostra, trzydzieści dwa lata, mieszkanie w centrum Krakowa kupione przez rodziców trzy lata temu za trzysta tysięcy złotych. Ja dawałam dwadzieścia lekcji tygodniowo oprócz studiów.
Wracałam do akademika o dziesiątej wieczorem. Rodzice płacili za moje studia, ale tylko tyle. Resztę musiałam sama zarobić. Rano zadzwoniłam do babci.
Cisza. Potem do mamy. Mama powiedziała, że babcia jest w szpitalu po zawale. Spytała, co robię w Krakowie.
Powiedziałam, że przyjechałam na ferie. Tato, powiedziałam, chcę wejść do mojego pokoju. Stał tyłem do mnie, sypał cukier do kubka. Nie odpowiedział.
Zadzwoniłam do babci ponownie tego popołudnia. Tym razem odebrała. Powiedziała, że ktoś włamał się do jej mieszkania, że instrumenty zniknęły. Powiedziała, że to było cztery dni po tym, jak trafiła do szpitala, dwudziestego ósmego grudnia.
Włamanie bez śladów włamania. Graciarnia pełna starych rzeczy. Dwieście tysięcy złotych wartości instrumentów. Wystarczająco na podróż dookoła świata dla Ewy.
Wstałam, poszłam do szafy w przedpokoju, gdzie rodzice trzymali zapasowe klucze. Mama zawsze miała obsesję na punkcie zapasowych kluczy do każdych drzwi, każdej szafki, każdego zamka. Czekałam do północy. Wstałam, podeszłam do drzwi, włożyłam klucz, przekręcił się.
Potem wróciłam do salonu, usiadłam na kanapie, patrzyłam na telefon. Wiedziałam, co muszę zrobić. Pomyślałam o tym, jak rodzice kupili Ewie mieszkanie za trzysta tysięcy złotych, jak dali jej wszystko, a ja dostawałam pięćset złotych miesięcznie. Pokazałam im pokój, pokazałam instrumenty, dałam im numer telefonu do babci.
Kto miał dostęp do mieszkania pani babci? Cztery dni po tym, jak babcia trafiła do szpitala, dwudziestego ósmego grudnia. Odwróciłam się do niej. Babcia wstała, podeszła do mamy.
Mała siwa kobieta, osiemdziesiąt dwa lata, która przeżyła wojnę, chorobę serca i utratę wszystkiego, co kochała. Rodzice mogą iść do więzienia. Idź do diabła, Zosia. Teraz to wszystko wraca do życia.
Przyznali się do oszustwa i fałszywego zgłoszenia włamania. Musieli zapłacić babci sto tysięcy złotych odszkodowania. A ja?
Ja w końcu mogę spać.


