Marcin wita widzów i od razu widać, że coś jest nie tak. Jest ciepły wieczór, ale on sam wygląda na zmęczonego i przejętego. Mówi, że działa na dwa fronty, że coś go przeziębienie wzięło, ale to nie choroba go dziś najbardziej dobija. Chce gadać, ale nie może zdradzić, gdzie jest nowa działka, bo ma zbyt wielu życzliwych ludzi dookoła, a tam jeszcze nie ma żadnej kamery, żadnego monitoringu.

Nie zamierza ryzykować, że ktoś mu tam zacznie buszować. Na warsztacie stoją auta, w tym ta Zefira, która miała być do sprzedania. Ale Marcin od razu studzi nadzieje. Silnik jest tak zdłubany, że doprowadzenie tej szóstki do porządku przekroczy wartość całego samochodu.
Wymieniony rozrząd, nierówna praca, stuki popychaczy, pourywane zbiorniczki, pełno silikonu na głowicy. Za dużo roboty, za dużo pieniędzy. Lepiej się nie brać. Ktoś pyta o płyn do wspomagania, odpowiada, że oczywiście, że wymienia się wszystko, co trzeba.
W międzyczasie wita kolejnych ludzi. Kamilos, Wódz, Alfina, Klementynka. Ktoś go pyta, czy zdrowy, mówi, że już lepiej, chociaż zatoki jeszcze dają popalić. Ktoś inny wspomina, że drugi tydzień leży i zdycha, a Marcin odpowiada, że wczoraj zalał jego olej i zobaczy, jak się będzie sprawował.
Śmieje się, że silnik pracuje spokojnie, bo olej pachnie herbatą. Ludzie nabijają się z niego, że niepotrzebnie tyle tego oleju wziął, a on przyznaje, że faktycznie, może trochę przesadził. Mówi, że wściekli się na niego za to, że wziął trochę z tak zwanej płyty oborskiej, ale przynajmniej nie wziął tych całych ton. Śmieje się, że dobrze, że nie wziął więcej.
Potem ktoś pyta o sklep internetowy i o to, że ostatnio ciężko było na niego wejść. Marcin tylko wzdycha. Mówi, że ktoś uprzejmy, jakiś cudowny wielbiciel, założył boty, które wchodziły na sklep i blokowały go tak, że nikt nie mógł wejść. Ludzie mieli problemy z zakupami, a on nie mógł nic zrobić.
I to nie pierwszy raz. Odkąd istnieje sklep, takich donosów i ataków jest mnóstwo. Ktoś zamawia boty, ktoś podkabluje, ktoś pisze zawiadomienia. Marcin mówi wprost, że trzeba być psychicznie chorym człowiekiem, żeby takie rzeczy robić.
Ale najgorsze dopiero miało nadejść. Wczoraj razem z ekipą kosili całą działkę, cieszyli się, że w końcu wszystko idzie do przodu, że będą stawiać halę, że w końcu coś się poukłada. Byli szczęśliwi, na pograniczu spełnienia. A dzisiaj przyjechały służby.
Ktoś uprzejmy doniósł, że na tej działce są jakieś mole archeologiczne rzeczy pozakopywane. Doniósł, że Marcin stawia halę. No i konserwator zabytków musiał przyjechać. Patrzył w prawo, pole, w lewo, pole, na wprost, pole, z tyłu, pole.
Wszędzie pole. Ale powiedział mu wprost: dostałem donos, więc muszę to sprawdzić. Proszę przedłożyć dokumenty. I następne dwa miesiące w plecy.
Marcin nie może w to uwierzyć. Mówi, że ktoś uprzejmy donosi na tyle mocno, że teraz nie wiadomo, czy w pół roku się postawi. Pół roku zniknięcia z warsztatu. Pół roku czekania, aż urzędy się wypowiedzą.
A on miał nadzieję, że hala stanie do września. Teraz, jak dobrze pójdzie, to może do listopada. A jak nie, to w ogóle. Nie ma pojęcia.
Mówi, że jest w gorącej wodzie kąpany, że takie rzeczy musi mieć na przedwczoraj, a tu nie może znaleźć żadnego wyjścia. I męczy się od środka z bezradności. Wczoraj wszystko grało, a dzisiaj koniec. Zwraca się wprost do tego człowieka, który doniósł.
Dziękuje mu serdecznie i gratuluje. Mówi, że musi być wspaniały, skoro tak bardzo skręca go to, że komuś coś się układało. Że ktoś coś próbował zrobić, że ktoś chciał postawić warsztat, dać ludziom pracę, robić coś dobrego. Ale nie, nie można pozwolić.
Zazdrość zżera ludzi tak bardzo, że jak tylko mogą, to cisną. Marcin mówi, że jemu to już wszystko jedno, że przecierpi, a może po prostu się podda całkowicie i zamknie warsztat. Nie wie jeszcze, co zrobi. Ale jedno jest pewne: już nawet nie ma siły się tym denerwować.
Mówi, że ja nawet na pasach przechodzi tylko na zielonym, bo wie, że ten jego wielbiciel zaraz go podkabluje. Nawet za kubły płaci co do joty, bo boi się, że ktoś doniesie. Nie może się napić, nie może nic zrobić, bo ma jakiegoś sprzedawczyka, który cały czas uprzejmie wszędzie donosi. Ile kontroli już miał, tego nie zliczy.
Pipy, wszystko, co tylko możliwe. Wszystkie służby chyba już u niego były. Tylko nie wie kto to robi. Nie wie, kto jest tym człowiekiem.
Ktoś z czatem wspomina, że na jednej robocie w Anglii znaleźli porcelanę, a później złote monety i pół roku roboty się przeciągało. Koparka zdzierała po centymetrach ziemię, każdy ruch łyżką był kontrolowany. Marcin mówi, że niestety wie, że tak to działa. Wie, że to może trwać.
Ale to nie zmienia faktu, że on nie ma na to czasu ani pieniędzy. Mówi, że nie jest milionerem, nie jest bogaty, ale zawsze starał się dzielić z ludźmi tyle, ile mógł. Robił eventy, chciał odpicowywać auta, chciał, żeby to widzowie wybierali, komu pomóc. Nawet myślał o tym, żeby kupować auta potrzebującym i robić im niespodzianki.
Mówi, że nie potrzebuje milionów, bo dziesięciu kotletów nie zje. A ludzie po złości cisną, ile wejdzie. Wspomina, że dzisiaj miał małą spinę z wąskim, bo zaproponował, żeby może wejść na Allegro, żeby chociaż przetrwać. Bo sklep nie idzie, bo ktoś go blokuje, bo nie ma gdzie naprawiać aut.
A przecież wąski ma małe dziecko, ma rodzinę, cieszył się, że może coś osiągać finansowo. Marcin też się cieszył, że może mu pomóc. A dzisiaj jest w stanie mu powiedzieć tylko bye bye, bo nic innego nie może zrobić. Mówi, że to nie jest sztuka powiedzieć ludziom, że od września rozwiązują umowy o pracę.
Przykro mi, nie pykło. I koniec. A on nie chce tego robić. Szuka jakiegoś wyjścia, ale nie znajduje.
Marcin mówi, że ma już prawie pięćdziesiąt lat na karku i taki brzuch, że mógłby się na nim toczyć. Śmieje się gorzko, że nie wejdzie pod auto, żeby robić tymczasowe naprawy na drodze. Nie ma siły, nie ma zdrowia, nie ma miejsca. Wszystko, co zbudował, stoi pod znakiem zapytania.
Nawet myślał, żeby wynająć coś na te pół roku, żeby jakoś przetrwać, ale nie wie, czy to ma sens. Hala i tak stanie, ale nie do września. Najprawdopodobniej do listopada. A może wcale.
Nie wie. Ktoś pyta, czy na pewno zlikwiduje warsztat. Marcin mówi, że się zastanawia. Może faktycznie wyłączy wtyczkę na dobre.
Nie wie. Na pewno pojedzie na wczasy, bo musi odpocząć od tego wszystkiego. Już kiedyś piętnaście lat pod rząd nigdzie nie jeździł, mówił, że praca jest ważniejsza. Ale teraz mówi inaczej.
Teraz pojedzie. I to szybko. Z rodziną. A jak wróci, zobaczy, co będzie.
Nie ma pojęcia, co go czeka. Mówi, że w tej chwili nie ma gdzie naprawiać auta. Kompletnie nie ma gdzie. Nie może nawet wbić szpadla na działce, bo boi się, że wykopie wazę z dynastii Ming.
Śmieje się gorzko, że jedyne, co może zrobić, to jechać na działkę, podlewać chwasty i kosić chwasty. Bo nie ma prawa nic tam zrobić, dopóki nie będzie zwolniony od konserwatora. Ktoś uprzejmy doniósł, że gość znalazł porcelanę w chaszczach. I teraz wszyscy muszą czekać.
A on wie, że to wszystko jest robione po to, żeby go udupić. Po nic innego. Marcin mówi, że myślał, że będą razem ciułać, robić autka ludziom, pomagać, gdzie się da. Miał w głowie pomysł, żeby widzowie wybierali, komu pomóc, może komuś z ich wioski, kto stracił auto i nie ma pieniędzy.
Ale teraz to wszystko wisi na włosku. Nie wiadomo, czy w ogóle będzie warsztat, czy będą auta, czy będzie cokolwiek. Na koniec mówi, że ucieka do domu, bo musi się wyspać. Robi się późno, a on i tak siedział w urzędach do szesnastej, żeby pozałatwiać te wszystkie niezrozumiałe rzeczy.
Mówi, że do końca miesiąca mają warsztat, ale trzeba zacząć pakować. Weźmie wszystko, co ma, wywiezie na przód, poukłada pod wiatą. Niech sobie leży, czeka. Najwyżej zgnije.
Albo sprzeda wyposażenie warsztatowe. Zobaczy. Nie umie powiedzieć. Życzy wszystkim spokojnej nocy, miłego wieczoru.
Mówi, żeby się trzymali. I znika.


