– Ja wyszedłem tylko po papierosy i jedzenie do Dino, a chłopaki sami się wzięli do roboty. Rzeczywiście, za mną warsztat wyglądał, jakby przeszedł przez tornado. Podnośniki stały w rozsypce, narzędzia porozrzucane, a śmieci czekały na wywózkę. Kto kiedykolwiek przeprowadzał warsztat, ten wie, co to za męka.

Kiedyś panował tu bałagan roboczy, teraz był bałagan, ale pustostan. Zaczynaliśmy wielką przeprowadzkę z Czernicy do Oławy, i to wszystko była wina jednej osoby. – Tak mu się Oława spodobała – mruknąłem. – Taki był przeszczęśliwy, że Oława będzie.
Cały plan budowy własnej hali stanął pod znakiem zapytania. Nasza działka z oznaczeniem U14 wymagała nie zwykłego zgłoszenia budowlanego, tylko pełnoprawnego pozwolenia na budowę. A to oznaczało od czterech do siedmiu miesięcy czekania. Musieliśmy znaleźć coś na szybko i szczęśliwym trafem, na ostatnią chwilę, trafiła się hala warsztatowa do wynajęcia w centrum Oławy.
I właśnie stąd ten cały cyrk. Dzień pierwszy minął na ładowaniu sprzętu. Laveta zabierała kolejnych pacjentów na nową miejscówkę, a razem z tym wszystkim trzeba było ogarniać zamówienia ze sklepu, bo paczki od zamawiających cały czas leciały. Dzień kolejny wyglądał podobnie.
Po pięciu godzinach snu niecałych walczyliśmy dalej. – Ja już mam dość – jęknąłem. – To dopiero drugi dzień – odpowiedział mi Radek, a ja patrzyłem na górę śmieci, która wcale nie chciała się zmniejszać. – Tu w ogóle nic nie ubywa.
Jezu, ile człowiek tego ma. Nawet sobie nie zdawałem sprawy. Rozkręcaliśmy kolejne elementy, wyrywaliśmy stare śruby, które ktoś kiedyś przykręcił tak, jakby miały tam siedzieć wiecznie. W tej dziurze cokolwiek nie dawałeś, to mur się walił.
I tak dochodziliśmy do ostatniego dnia w tym miejscu. A wtedy niespodziewanie przerwała nam akcję szerszeń. Nad wejściem do biura, w dwuwarstwowej ścianie, gniazdo szerszeni. Nie mogliśmy zdemontować kamer, oświetlenia ani masztu od internetu, bo owady siedziały dokładnie tam, gdzie trzeba było sięgnąć.
Przyjechała załoga, żeby nas ratować jeszcze na odchodne. – Uważaj na te szpilki – ostrzegłem. – Spokojnie, zostanie, będzie trzeba wyjść – odparł jeden z ratowników. Wreszcie nadszedł moment, żeby witać się z nowym miejscem.
Lipowa 1D, Oława. Pierwszy etap przygotowań to mycie elewacji. Pomagała nam firma Bruttech z Oławy, która skrupulatnie przygotowywała sprzęt do mycia ciśnieniowego. Problem był taki, że stare reklamy po poprzednim właścicielu wciąż wisiały na ścianach i trzeba było je ściągnąć.
Struktura na styropianie zapowiadała mnóstwo roboty, ale chłopaki z Bruttech nie mieli lekko – twarda gra. – Słuchajcie moi drodzy, wariactwo, jeszcze raz wariactwo – powiedziałem do kamery. – Pierwszy dzień na nowym miejscu i bierzemy się za to, żeby budynek jakoś ładnie wyglądał. Postaramy się go umyć, ale najprawdopodobniej na samym myciu się nie skończy.
Będziemy go jeszcze malować. Plan był prosty: ściągnąć stare banery, założyć nowe, pomalować cały środek warsztatu od wewnątrz, a na zewnątrz doprowadzić elewację do porządku. Ja z Kamilem montowałem podnośnik, Marcin malował od środka, a Wąski zajmował się wszystkim innym. Marcin to prawdziwa osobowość.
Trzydzieści trzy lata doświadczenia w malowaniu i przy okazji w mechanice, budownictwie i księgowości. – Jak to jest być osobistością z takim doświadczeniem? – zapytałem, gdy akurat mieszał farbę. – Ty nie widzisz, że ubijam śmietanę?
– roześmiał się. – Mleka do kawy nie było, to robię sobie śmietanę 18, bo najlepiej wchodzi. Śnieżna biel zaczęła pokrywać ściany i cały warsztat zaczynał zaskakiwać. Tymczasem Wąski zainstalował komputer w oknie, żeby mieć internet i móc obsługiwać sklep.
– Na razie wszystko jest robione na wariata – przyznałem. – To będzie nasza kuchnia. Trzeba wszystko odmalować, odświeżyć. Kamil przygotowywał podnośnik, sprawdzając butem, czy poziomica się zgadza.
– Pozwól, że moim trzewiczkiem sprawdzę. Pięknie. Nic bym tu nie ruszał – powiedział zadowolony. Z zewnątrz chłopaki wzięli się za mycie elewacji.
Efekty robiły wrażenie. Na początku myślałem, że to nic nie da, ale gdy zobaczyłem umytą ścianę, musiałem przyznać: wygląda rewelacyjnie. Umyte, odświeżone, nie trzeba nawet malować. Tam, gdzie widać było podziurkowania po starych reklamach, mieliśmy zawiesić nasz baner, więc dziurki miały zniknąć.
Do wymiany zostały też jakieś elementy w oknach, ale to na później. W środku okazało się, że mamy więcej pomieszczeń ukrytych wcześniej. Kolejny magazynek, cały zagrzebany w gratach, które trzeba było wynieść i elegancko ułożyć na swoich miejscach. W środku znaleźliśmy nawet prowizoryczną wannę do sprawdzania kół – ktoś wyciął ją z mora, żeby sprawdzić, skąd ucieka powietrze.
Polska szkoła radzenia sobie. Część pomieszczeń planowaliśmy przeznaczyć na maszynownię. Tam miały trafić wulkanizacyjne maszyny, wyważarka do kół, montażownica, kompresor i piaskarka zamiast kanapy. Był też bojler elektryczny przepływowy do ciepłej wody i osobny gazowy do ogrzewania warsztatu.
Marcin miał niezły ubaw, gdy zgubił klucze od samochodu. Przeszukał cały warsztat, nie znalazł. Poszedł do Kauflandu, wrócił z zakupami, a klucze nigdzie. W końcu okazało się, że pomylił szafki i wsadził je do mojej.
Śmiech przez łzy. W międzyczasie Marcin spalił pistolet do malowania. Stary, wysłużony sprzęt wyzionął ducha po latach dzielnej służby. – Kupę lat miał, no i skończył swoje żywota – powiedziałem.
– Ale dzielnie chyba ze trzy domy pomalował i trochę warsztatu. Marcin pojechał po nowy pistolet, a my dalej walczyliśmy. Wąski twardo zasuwał na karcherze, Kamil wciągał wodę, ja myłem ścianę i dotarłem do grzejnika, przy którym widać było eleganckie miedziane rury. – Broń Panie Boże, żeby ktoś mi wyciągał stąd rury – mruknąłem.
– Przetrącę rączki. Plan pomieszczeń zaczynał się rozjaśniać. Jeden podnośnik, drugi, trzeci, czwarty na zewnątrz. Biuro, szatnia, prysznic, toaleta, dwie umywalki.
Całość w rozgardiaszu, ale z wizją. – Roboty co niemiara – podsumowałem. – Ale damy radę.
Już niedługo pokażę wam pełną krasę tego miejsca.


