„Jaki ma pani rozmiar buta?” – usłyszałam nagle za plecami, gdy polerowałam lustro w jego salonie. Monika, właściciel ogromnego domu, w którym pracowałam jako pokojówka, nigdy wcześniej nawet na…

„Jaki ma pani rozmiar buta?” – usłyszałam nagle za plecami, gdy polerowałam lustro w jego salonie. Monika, właściciel ogromnego domu, w którym pracowałam jako pokojówka, nigdy wcześniej nawet na...

Laura stanęła przy wielkim lustrze w salonie i polerowała jego powierzchnię, gdy nagle poczuła na plecach czyjeś uważne spojrzenie. W odbiciu zobaczyła sylwetkę Eugeniusza Białolipskiego, który stał nieruchomo przy regale z książkami. Nie usłyszała, kiedy wszedł, i nie miała pojęcia, jak długo ją obserwował. Był to pierwszy raz, kiedy właściciel w ogóle na nią spojrzał.

Thumbnail

Mężczyzna, jakby wystraszony jej słowami, drgnął i pospiesznie opuścił pokój. Laura pokręciła głową i wróciła do pracy. Potem pojechała na zakupy, a kiedy wróciła, znowu natknęła się na właściciela – siedział w kuchni i wpatrywał się w palmę w donicy, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. – Dzień dobry – powiedziała Laura, stawiając torby na blacie.

Eugeniusz milczał. W końcu zapytał:

– Jaki ma pani rozmiar buta? – Słucham? – zdziwiła się Laura.

– Ubrania nosi pani w rozmiarze 42, najwyżej 44. Wzrost około 170 centymetrów. Ale z butami nie mogłem zgadnąć. – Trzydzieści dziewięć – odpowiedziała zdumiona, zastanawiając się, do czego zmierza.

– Jutro ma pani wolne. Niech pani pójdzie do fryzjera, zetnie włosy, odświeży kolor, zrobi manicurę. Pojutrze mam ważne spotkanie. Chcę panią zabrać ze sobą.

– Mnie? – Laura znieruchomiała ze zdziwienia. – Tak. Od kilku dni panią obserwuję.

Idealnie nadaje się pani do roli mojej narzeczonej. Laura otworzyła usta ze zdumienia. Okazało się, że Eugeniusz, przygotowując się do spotkania biznesowego z konserwatywnym partnerem Ignacym Ziębą, pochopnie pochwalił się narzeczoną, której nie miał. Ignacy zażądał, by ją poznał.

Eugeniusz nie chciał wynajmować kobiety z agencji – potrzebował kogoś naturalnego, przekonującego, kto zagra rolę zakochanej kobiety u jego boku. Laura miała wątpliwości, ale zgodziła się pomóc. Za dobrze płacono, a Eugeniusz odnosił się do niej z szacunkiem. Był samotny, zamknięty w sobie, całe dnie spędzał nad projektami, a jego dom, jak mówił, był pełen cieni, nie śmiechu.

Kiedyś panował tam gwar, biegały dzieci, aż rozwód wszystko zabrał. Laura rozumiała go lepiej, niż się spodziewał – sama przeżyła bolesny rozwód, kiedy jej mąż Dymitr zostawił ją dla innej kobiety, roztrzaskując o ścianę jej ukochaną wiolonczelę. Tatiana, matka Laury, ostrzegała ją:

– Nie wiesz, w co się pakujesz. To nie może się dobrze skończyć.

– Mamo, chcę po prostu pomóc człowiekowi. On odnosi się do mnie z szacunkiem – tłumaczyła Laura. Wieczorem, kiedy Laura ubrała się w elegancką suknię, którą kupił jej Eugeniusz, i spojrzała w lustro, omal nie wybuchnęła płaczem. Przed nią stała znów ta sama kobieta sprzed lat – smukła, promienna, pełna blasku.

Zeszła na dół, a Eugeniusz przywitał ją z szerokim uśmiechem. – Wygląda pani świetnie. – Trochę się w niej niezręcznie czuję. – Nic nie szkodzi.

Przyzwyczai się pani. W drodze na spotkanie Eugeniusz zwierzył się jej z pasji do robotyki. Opowiadał o hełmie, nad którym pracuje jego zespół – urządzeniu, które ma pomagać niesłyszącym dzieciom uczyć się muzyki. Laura słuchała zafascynowana, coraz bardziej spokojna.

Zatrzymali się przed starym pałacykiem w centrum. To był prywatny klub Ignacego. W środku przywitał ich starszy mężczyzna w szarej marynarce, który od razu podszedł do Eugena. – Boże, cóż za zachwycająca towarzyszka!

Czy to twoja narzeczona, o której tyle opowiadałeś? – Właśnie ta – potwierdził Eugeniusz. Ignacy ujął dłoń Laury i ucałował ją z galanterią. – Można mówić mi Laura – uśmiechnęła się kobieta.

Ignacy zachwycał się jej oczami, mówił o tym, że rodzina to fundament wszystkiego, i nie szczędził ciepłych słów. Laura jednak czuła, że to dopiero początek testu. Po kolacji Ignacy ogłosił, że zagrają w grę – będzie puszczał utwory muzyczne, a goście będą je odgadywać. Zwycięzca zdobywa zaszczyt współpracy z jego firmą.

Eugeniusz świetnie radził sobie z klasyką, ale gdy Ignacy zapowiedział, że finałowa runda będzie dotyczyć wiolonczeli, mężczyzna pobladł. – Nie mam pojęcia o wiolonczeli. Chyba przegraliśmy – wyszeptał do Laury. – Daj mi kartkę i długopis.

Zaufaj mi. Laura bezbłędnie rozpoznała każdy utwór – od Ave Marii, przez koncerty Szostakowicza, aż po sonaty Bacha. Ostatnia melodia omal jej nie przerosła, ale w ostatniej chwili przypomniała sobie, że to sonata Jeana-Baptiste Barrière, którą grała na egzaminie do konserwatorium. Uzupełniła kartkę.

Ignacy z niedowierzaniem spojrzał na jej odpowiedzi – wszystkie były poprawne. Bez jednego błędu. Starzec był zachwycony. – Ani jednego błędu!

Jesteś geniuszem. Eugeniuszu, kontrakt jest twój. Dziękuj swojej drogocennej narzeczonej. W samochodzie w drodze powrotnej Eugeniusz, wciąż oszołomiony, zapytał:

– Jak ty to zrobiłaś?

Skąd znasz wszystkie te utwory? – Wiolonczela to kiedyś całe moje życie. Studiowałam w konserwatorium, grałam w renomowanej orkiestrze. – I pracujesz jako pokojówka?

Jak to możliwe? Laura opowiedziała mu o złamanej ręce na nartach, o końcu kariery, o rozwodzie i o tym, jak znalazła się u niego w domu. Eugeniusz słuchał, a potem zaproponował, że pomoże jej przywrócić sprawność dłoni – znał dobrych lekarzy. Zaproponował też, by dołączyła do jego zespołu pracującego nad hełmem dla niesłyszących dzieci.

– Jesteś profesjonalną muzyczką. Potrzebujemy takich ludzi. – Mówisz poważnie? – Laura zamarła.

– Jak najbardziej. A poza tym kupię ci nową wiolonczelę – najlepszą. Laura spojrzała przez okno na nocne miasto. Nagle zrozumiała, że to dopiero początek czegoś nowego.

Minęły miesiące. Laura pracowała już w zespole Eugeniusza, jej palce po operacji zaczęły wracać do formy, a wiolonczela, którą jej podarował, czekała, aż znów będzie mogła na niej zagrać. Kiedy odwiedziła matkę, Tatiana przywitała ją ze zdziwieniem:

– Wyglądasz wspaniale. A co u was z Białolipskim?

Słyszałam, że zamierza się żenić. – Mamo, właśnie o tym chciałam porozmawiać. Eugeniusz mi się oświadczył. Mnie.

Laura wyciągnęła rękę, pokazując pierścionek. – I kiedy wy zdążyliście? Znacie się dopiero pół roku. – Tak jakoś wyszło.

Tym razem wszystko jest naprawdę. Kocham go. Matka rozpłakała się ze szczęścia, a przez otwarte okno do kuchni wpadły dźwięki muzyki – drugi koncert wiolonczelowy Sznytke.

Laura uśmiechnęła się, wiedząc, że w końcu idzie właściwą drogą.