Usiadłam w warsztacie i słuchałam, jak mechanik mówi, że mój samochód wymaga wymiany kompresora klimatyzacji, osuszacza i jeszcze kilku rzeczy. Trzy tysiące. A potem pani obok mnie pyta: „A nie…

Usiadłam w warsztacie i słuchałam, jak mechanik mówi, że mój samochód wymaga wymiany kompresora klimatyzacji, osuszacza i jeszcze kilku rzeczy. Trzy tysiące. A potem pani obok mnie pyta: „A nie...

„Proszę pani, proszę się uspokoić, bo to już jest niebezpieczne. ” Musiałem ją uspokajać, bo wbiegła do warsztatu tak roztrzęsiona, że bałem się, że za chwilę zrobi sobie krzywdę. „Moje auto się pali! ” – krzyknęła.

Thumbnail

„Marcin, leć, zobacz, co się dzieje” – rzuciłem. Marcin pobiegł, wrócił blady. Smród był nie z tej ziemi. Pasek wielorowkowy stopił się doszczętnie.

Całe szczęście, że to tylko pasek, a nie całe auto. Pani się uspokoiła, więc zaproponowaliśmy, że obejrzymy samochód, zdiagnozujemy i damy wycenę. Zaznaczyłem jasno: jeśli cena jej nie odpowiada, nie musi nic u nas robić. I zaczęło się.

Kompresor klimatyzacji zatarł się całkowicie. Wszystko się w niego wtopiło. Osuszacz podziurawiony jak szwajcarski ser. Skraplacz do wymiany.

Koło pasowe miało takie luzy, że zaraz by puściło. Do tego pasek, czynnik i robocizna. Wyszło prawie trzy tysiące złotych. „Proszę pani, niestety bez wymiany kompresora pani nie odjedzie.

Paska nie założymy, koło się kręcić nie chce. Najlepiej przyjechać lawetą” – tłumaczyłem jej spokojnie. Pani patrzy na mnie i mówi:

„A nie można by tak zrobić, żeby on jakoś o własnych siłach pojechał? Bo wie pan, to jest piąte auto w rodzinie, nie jest nam potrzebne.

„Proszę pani, nawet jak pani kupi używany kompresor, to opiłki, które zostały w układzie, momentalnie go zatrą. To nie ma sensu. ”

„No to jak ja mogę to zrobić tak, żeby było za darmo? ”

Stanąłem jak wryty.

„Proszę pani, za darmo się nie da. Diagnostyka, podniesienie, sprawdzenie. To jest dwieście złotych. ”

„A to nie można za darmo?

Przecież pan nic nie zrobił. ”

I wtedy poczułem, jakbym dostał w pysk. Dokładnie jak kiedyś ze Skodą. Wtedy też zrobiliśmy całą wycenę, a klientka stwierdziła, że to naciąganie i że powinniśmy to zrobić za darmo, bo „warsztat powinien pomagać ludziom”.

„Proszę pani” – powiedziałem, patrząc jej prosto w oczy – „nikogo nie namawiam na pracę u mnie. Może pani iść gdzie indziej, może pani w ogóle tego nie robić. To pani auto. Może pani sobie zrobić z niego doniczkę.

Ja tylko chcę dwieście złotych za diagnostykę. Nic więcej. ”

„No ale przecież pan nic nie zrobił…”

I tak w kółko. Patrzyłem na nią i myślałem: naprawdę?

Naprawdę ktoś uważa, że moja wiedza, czas i praca moich chłopaków są za darmo? Że jak ktoś naprawia samochody, to musi to robić z miłości do sztuki, a rachunki zapłaci mu dobre serce? Mówiłem jej: może pani przyjechać lawetą, może na sznurku, może pani to auto pchać do domu. Jak chce, może wziąć szelki, założyć na plecy i iść.

Nie obchodzi mnie, jak je zabierze. Uśmiechnęła się. Ładne oczy, ale pusto w głowie. Podziękowała i wyszła.

Wiem, że nikt do mnie nie zadzwoni. Wiem, że pójdzie do innego mechanika i tam usłyszy to samo, tylko że z wyższą ceną, bo tam będą musieli od zera diagnozować. A może znajdzie kogoś, kto jej to „zrobi za darmo”, a potem będzie płakać, że kompresor znów się zatarł i że silnik przegrzewa się na trasie. Ja swoje zrobiłem.

Powiedziałem prawdę, podałem uczciwą cenę i nawet nie próbowałem jej oszukać, mówiąc, że to coś drobnego, co się jakoś obejdzie. Ale w środku coś mnie kłuje. Bo takich ludzi jest coraz więcej. Myślą, że warsztat to studnia bez dna.

Że jak ktoś naprawia auta, to nie musi zarabiać na chleb. Że jak już przyjedziesz i zapłacisz za diagnozę, to znaczy, że cię naciągnęli. Nie wiem, co było gorsze – ta kobieta, która chciała za darmo, czy świadomość, że za tydzień przyjdzie następna i powie to samo.