Zanim zdążyłem się rozgościć w aucie, Agatka już była na mnie wściekła. Musiałem podpinać kable, żeby telefon się ładował, a przecież dopiero co wsiadłem. Wracałem z Chorwacji, 12 godzin drogi przede mną, a live leciał od samego startu. – Fabi, świętująca twarz – rzuciłem w stronę telefonu, próbując ogarnąć, gdzie mam podłączyć ładowarkę.

– Daromerc – odpisał ktoś. – Daromec, nie pisz drukowanymi, bo będzie ci tak czytał dziwnie – zaśmiałem się, przekładając kable. – Racku, dawno cię nie widziałem – napisał kolejny widz. – No ja siebie też dawno nie widziałem – odpowiedziałem z uśmiechem.
Wracaliśmy do domu. 1156 kilometrów, a przed nami jeszcze cała noc. Przez 13 dni ostrego słońca, motorów i Adriatyku nadszedł czas powrotu. Dzieciaki zachorowały, przyczepa zaczęła się sypać, a ja czułem, że wracam do najgorszej roboty, jaka mnie czeka – zwrotu tej przyczepy.
Miałem już dość tych wakacji, ale trzeba było wracać. Ruszyliśmy, a ja włączyłem transmisję, żeby nie zasnąć za kierownicą. Widzowie pytali o oleje, o warsztat, o to, jak minęły wakacje. Ja myślałem o jednym – o przyczepie, którą trzeba będzie oddać.
– Kupiłeś sobie nowe autko? – zapytał Genowe Buraczek. – Tak, takie jak mój – odpowiedziałem, starając się nie gadać zbyt dużo. – Tiguana nie zauważyłem, bo wpisywałem miejsce docelowe.
Droga mijała, a ja odpalałem kolejne gumy, popijałem kawę i próbowałem tłumaczyć widzom, że cała przyczepa jest oblepiona żywicą z drzew. Pół godziny później dotarłem do tematu, który mnie naprawdę wkurzał. – Słuchajcie, moja przyczepa ma wady – zacząłem, nie kryjąc rozgoryczenia. – Napisałem maila, że chcę ją zwrócić, ale dealer się nie odezwał.
Cisza. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. – Jak oddajecie samochód do warsztatu, to pamiętajcie, żeby robili protokół przyjęcia – dodałem. – U nas już jest elektroniczny z motowarsztatu.
Wieczór się przeciągał. Widzowie pytali o ceny, o paliwo, o to, jak najlepiej wymienić olej. Ja tylko gadałem, bo musiałem nie zasnąć. Czułem, że coraz bardziej ciągnie mnie do łóżka, ale przede mną była jeszcze cała trasa.
– Radek, ile masz jeszcze do domu? – zapytał ktoś. – 1050 kilometrów – odpowiedziałem. – O 9 rano będę w domu.
Jak nic się nie wydarzy. Noc była ciemna, a za oknem tylko rozświetlone reflektory ciężarówek. Zaczynałem opowiadać o tym, co się działo w warsztacie, o klientach, o tym, że nie mogę znaleźć dobrego mechanika, bo jeden za szybko robi, a potem wszystko wraca na reklamacje. W końcu znalazłem kogoś, kto robi wolniej, ale dokładniej.
Wolę takie rozwiązanie, niż ciągłe poprawki. Zaczęło się robić późno. Widzowie powoli odpadali, ale ja dalej jechałem. Moja żona spała, dzieciaki też, a ja starałem się skupić na drodze.
Nawigacja co chwilę ściągała mnie z trasy, pokazywała dziwne objazdy. Najpierw przez Słowenię, potem przez Austrię, a ja chciałem tylko przejechać przez Węgry, Słowację i Czechy. – Twoja nawigacja mnie prowadzi przez Słowenię – powiedziała Agatka, budząc się na chwilę. – To zmień ustawienia – odpowiedziałem.
– Już to robiłam, ale i tak mnie prowadzi inaczej niż ciebie – odparła. Rozmowa o nawigacji przeciągała się, a my zjeżdżaliśmy coraz dalej w pola, przez wioski, po wąskich drogach. W końcu dotarliśmy do jakiegoś odludzia. Nie było żadnych tablic z nazwami miejscowości, tylko mrok i dziury w asfalcie.
– Jesteśmy w czarnej dupie – mruknąłem. – Gdzieś ty nas wywiózł? – zapytał jeden z widzów. – Sam nie wiem – odpowiedziałem.
– Ale chyba za chwilę będzie autostrada. Po kilku godzinach błądzenia po węgierskich wsiach, wreszcie dotarliśmy do jakiegoś sensownego zjazdu. Byłem już zmęczony, ziewałem co chwilę, ale nie mogłem się zatrzymać. Musiałem dojechać, bo jutro czekała mnie praca.
Zresztą – to był ten moment, kiedy wiedziałem, że muszę się zatrzymać i przespać chociaż godzinę, bo dalej nie dam rady. – Stajemy tu – powiedziałem. – Dziękuję wam, że byliście ze mną. – Dobranoc, Radek – napisali widzowie.
– Trzymajcie się – dodałem, gasząc silnik. Odpaliłem kawę, zjadłem kanapkę i położyłem się na chwilę. Rano trzeba było znów ruszyć, ale w końcu byłem bliżej domu niż kiedykolwiek od dwóch tygodni.


