„Weź się ładnie przywitaj” – powiedziałem do Agaty, gdy w końcu złapaliśmy transmisję. „Nie krzycz na mnie od wczoraj” – odparła, a ja wiedziałem, że to będzie długa droga. Trzydzieści pięć…

„Weź się ładnie przywitaj" – powiedziałem do Agaty, gdy w końcu złapaliśmy transmisję. „Nie krzycz na mnie od wczoraj" – odparła, a ja wiedziałem, że to będzie długa droga. Trzydzieści pięć...

– Weź się ładnie przywitaj – rzuciłem do Agaty, gdy w końcu udało nam się połączyć na żywo. – Nie krzycz na mnie od wczoraj – odpowiedziała, a ja przewróciłem oczami. Dzień dobry, dzień dobry. Kamper wlókł się przed nami, a my razem z nim, przez Czechy, Słowację, Węgry, aż do Chorwacji.

Thumbnail

Iwona, nasza internetowa łączniczka, zamilkła. Zresetowaliśmy telefon, sprawdziliśmy Bluetooth, przełączyliśmy na dane komórkowe. Nic. – Iwona została w Polsce – zaśmiałem się w końcu.

Dała ciała. Było gorąco, trzydzieści trzy stopnie, a my jeszcze przed Zagrzebiem. Wczoraj o szesnastej wyjechaliśmy, a spać położyliśmy się dopiero koło piątej rano. Nie dałem rady dojechać do celu na raz.

Wolałem zatrzymać się na parkingu, włączyć klimatyzację, niż ryzykować zaśnięcie za kierownicą. Akumulator prawie padł, ale przynajmniej wyspaliśmy się chwilę. Teraz przed nami były korki pod Zagrzebiem, których tak chciałem uniknąć. – Trudno, pojedziemy przez nie – mruknąłem, patrząc na nawigację.

Sześć kilometrów do zatoru, a my akurat mieliśmy wjechać prosto w sam środek. Z tyłu dobiegł mnie głos Agaty: – Zapomniałeś o przedłużaczu do namiotu, prawda? Westchnąłem. Zapomnieliśmy o chlebie, o opatrunkach, o kolarkach, o poduszkach.

Maksiu, nasz syn, przygotowywał się do wyjazdu przez cztery miesiące i wziął wszystko. My – od poniedziałku, i tak coś zgubiliśmy. – Chleb można kupić – uspokajałem sam siebie. Marta, która została w Polsce, pisała, że bułki i chleb tostowy mrozi w zamrażarce, jakby to mogło nam pomóc na tysiąc kilometrów stąd.

Na trasie gadałem z widzami, odpowiadałem na pytania o paliwo, o różnice w cenach, o to, że w Polsce najdrożej, w Czechach taniej, a w Chorwacji podobno jeszcze drożej. Ktoś zapytał o moją starą przyczepę. – Sprzedana – odpowiedziałem krótko. – Załatwiłem już sprawę.

Z nową jedziemy, ale na wagę musimy uważać, bo nas ważą na granicach. Ktoś inny dopytywał o silnik w moim Mercedesie. Dwulitrowy diesel, sto dziewięćdziesiąt cztery konie, ciągnę za sobą dwutonową przyczepę. Jadę spokojnie, tempomat na dziewięćdziesiąt, i jakoś to leci.

Aga znów coś krzyczała z tyłu. – Przestań na mnie krzyczeć – powiedziała, a ja tylko się uśmiechnąłem. Ludzie w komentarzach zaraz zaczęli pisać, że się dwa aniołki dobrały. – Klementyna, daj spokój – rzuciłem.

– Zabierzcie gościa – usłyszałem w odpowiedzi. Tak, to była nasza codzienność. Śmiech, docinki, ale i te chwile, kiedy słychać było zmęczenie. Było trzydzieści pięć stopni, a przed nami jeszcze Sveti Rok, za którym miało być chłodniej.

– Tam jest inna planeta – powtarzałem. – Inny świat. Przed bramkami na autostradzie zrobiło się nerwowo. – Tylko żebyśmy nie trafili na pasy z ENC – mruknąłem do Agaty.

Nie chciałem, żeby kamera nas nagrała, a potem przyszedł mandat. – Jedź za kamperem – zaproponowała nagle Agata i wszyscy w komentarzach się zaśmiali. – Dobry plan – dodałem. Pojechaliśmy za kamperem, pobraliśmy bilet, przejechaliśmy.

Sprawiedliwy Suweren, jeden z widzów, napisał, że to był plan na medal. Ludzie w komentarzach pytali o wszystko. O rozrząd, o to, jak ustawić wałki balansujące, o to, czy opłaca się tankować na stacjach przy autostradzie. Ja odpowiadałem, czasem z nudów, czasem z przyjemnością, bo to pozwalało mi nie myśleć o tym, że droga wciąż przed nami.

Ktoś zapytał o moje zdanie o Volkswagenie. – Nie kupiłbym już nigdy żadnego Niemca – powiedziałem wprost. – Oszukiwali nas, okłamywali, sprzedawali auta o sto procent drożej niż powinny kosztować. Dziękuję Chińczykom, że weszli na rynek i otworzyli nam oczy.

Tam było widać, że ludzie to rozumieją. Ktoś wspomniał o Passacie, tym pancernym, w który kiedyś wjechał Peugeot 205. – Stłuczka była w 2018 roku – opowiedziałem. – Facet wjechał w nasz tył na tablicę.

W Passacie dwie, trzy ryski na zderzaku. Ja wysiadam, patrzę i mówię do Agaty: „Słuchaj, my już mamy po samochodzie, jedziemy prosto”. Oni tam mieli zlot starych aut, gość pruł dwadzieścia pięć na godzinę. Peugeot skończył na lawecie, a my dojechaliśmy dalej.

Tak to już jest z naszym sprzętem. W pewnym momencie zrobiło się cicho. „Czy wy mnie słyszycie? ” – zapytałem, bo obraz był, ale dźwięku nie było.

Okazało się, że znowu coś z Bluetoothem. Przełączyłem na dane komórkowe, włączyłem hotspot z telefonu, żeby mieć internet. Ktoś w komentarzach napisał, że mam opóźnienia, ale obraz jest w porządku. – Macie na żywo – odpowiedziałem.

– Nie mówcie, że Radziu Władziu zły. Agata zaczęła opowiadać o tym, że jej córeczka, Jula, ma takie długie kitki, że jechała i wyciągnęła wtyczkę od słuchawek. Śmiała się, a ja tylko pokręciłem głową. Takie były nasze podróże.

Pełne śmiechu, chaosu, zapomnianych rzeczy i ludzi, którzy nam kibicowali z daleka. W końcu zaczęły się góry. Wapienne skały, księżycowy krajobraz, a w oddali błękitne niebo bez ani jednej chmurki. – Patrzcie, jakie to piękne – powiedziałem, kierując kamerę na widoki.

– To jest właśnie to, po co się tu jedzie. Ludzie w komentarzach pisali o swoich wyjazdach, o Tunezji, o upałach, o tym, że u nich też trzydzieści pięć stopni. Bresli pisał, że wylądował w Tunezji i siedzi na zamkniętym basenie, bo na otwartym nie da się wytrzymać. – Trzeba się chłodzić – odpowiedziałem.

– Ja też zaraz będę na miejscu, podepnę przyczepę i też się schłodzę. Bresli pisał, że pije drinki. – My sobie kostkarkę do lodu włączymy – zaśmiała się Agata. Ktoś zapytał, ile wydaliśmy na paliwo.

– Do tej pory tysiąc złotych, a jeszcze wracać – odpowiedziałem. – Dwie strony, pewnie dwa i pół tysiąca, plus winiety, plus opłaty za autostrady. Człowiek jedzie odpocząć, a wychodzi jak zawsze. Ale to nie miało znaczenia.

Widoki, śmiech, te wszystkie drobne sprawy, o których gadaliśmy w komentarzach – to było coś, co sprawiało, że droga nie była taka zła. Przed nami był jeszcze jeden tunel. „Zaraz nas zerwie” – powiedziałem, patrząc na wjazd. – „Zobaczymy się po drugiej stronie”.

Światła lamp, potem ciemność, a po chwili znowu słońce. – Po tunelu – ogłosiłem. – Jeszcze sto trzydzieści kilometrów i będziemy na miejscu. Ktoś zapytał, czy policja stała na drodze.

– Stała – odpowiedziałem. – Nie zatrzymali nas, ale było ich sporo. Może oglądali nasz odcinek, że się przepakowujemy. Ludzie w komentarzach śmiali się, że policja czeka na nas na miejscu.

Agata znów coś krzyczała z tyłu. – Nie słyszę cię, kochanie – powiedziałem. – Chyba cię wiatr zagłusza. Ona tylko machnęła ręką i wróciła do rozmowy z widzami.

„Szefowa to myśli o poduszce” – napisał ktoś. – „A ja myślę o tym, żeby w końcu dojechać” – odpowiedziałem. Widoki robiły się coraz piękniejsze. Zieleń, góry, a w oddali morze, którego jeszcze nie widzieliśmy, ale które już czuliśmy w powietrzu.

– Jeszcze siedemdziesiąt kilometrów – powiedziałem. – Już blisko. Ktoś zapytał, czy kupiłem nową przyczepę. – Tak – odpowiedziałem.

– Starą sprzedałem. Ale o tym to będzie osobny odcinek. Zresztą o wielu rzeczach będą osobne odcinki. Też o tym, co się działo w warsztacie, zanim wyjechaliśmy.

W pewnym momencie ktoś napisał o rakiecie pod Lublinem. – Nie mam pojęcia, o czym mówisz – odpowiedziałem. – Ja tu skupiam się na drodze. Ale ludzie w komentarzach zaczęli pisać różne rzeczy, a ja tylko się uśmiechałem.

Taka była nasza społeczność. Pełna energii, czasem chaotyczna, ale zawsze obecna. Zbliżaliśmy się do celu. Stary Grad, Paklenica, miejsce, gdzie kręcili „Grę o tron”.

– Tam gdzie widne grali – mówiłem. – Tego nie mylić z tym Starym Gradem na wyspie. My jedziemy na ląd, do Paklenicy. Ktoś zapytał, czy będziemy skakać z klifów.

– Ja maksymalnie z dwóch centymetrów – zaśmiałem się. – Aga może z czterech. Młodzież niech się bawi. Kiedy w końcu zjechaliśmy z autostrady, poczułem ulgę.

Droga wiodła przez malownicze wzgórza, a w oddali widzieliśmy morze. – Jesteśmy – powiedziałem. – Prawie. Ludzie w komentarzach pisali, żebyśmy uważali na siebie, żebyśmy odpoczęli, żeby było spokojnie.

– Dziękujemy – odpowiedziałem. – Widzimy się na miejscu. A potem, gdy w końcu stanęliśmy na kempingu, rozpiąłem przyczepę, podłączyłem prąd, wodę, a Agata wyciągnęła z lodówki zimne piwo. – Zasłużyliśmy – powiedziała.

Kiwnąłem głową. Przed nami był tydzień odpoczynku, słońca, morza i śmiechu. Ale zanim to wszystko, czekała nas jeszcze jedna rzecz. Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się.

– Jutro rano idziemy po chleb – powiedziałem. – I po golarkę. Ty obiecałaś. ROZWIŃ.

DAJ MI WIĘCEJ.