Zaczęło się od klucza do mieszkania Alicji. Mama nosiła go w swojej małej lakierowanej torebce, obok pastylek na serce i notesu z numerami. Alicja widziała go za każdym razem, gdy mama otwierała torebkę, żeby wyciągnąć chusteczkę albo okulary. Nie powiedziała nic, kiedy klucz się tam pojawił.

Nie powiedziała nic, kiedy mama zaczęła zaglądać do lodówki i odsuwać zasłonę, żeby sprawdzić, czy ktoś nie stoi pod blokiem. Staszek obejmował ją wtedy od tyłu i mówił tym swoim łagodzącym głosem: „No przecież znasz mamę. Ona po prostu się o ciebie martwi”. Potem zaczęły się telefony.
Zawsze te same słowa, zawsze ten sam ton. „Myślę, że powinnaś przyjechać do Lublina. Ojciec by tego nie chciał, żebyś siedziała sama w tym Warszawie”. Alicja odpowiadała „dobrze” do słuchawki i wracała do poprawiania wizualizacji do późna.
Kiedyś weszła do kuchni w trakcie takiej rozmowy. Staszek skończył ją słowami: „No dobra, potem praca? ”, ale nie odłożył telefonu od razu. Wstał od stołu, podszedł do okna i patrzył na ulicę, zanim wrócił do niej z tym samym łagodnym uśmiechem.
Stało się to, co opisała Olga. Najpierw wprowadzili się do jej mieszkania jak do swojego. Te same szafki, ten sam stół, ta sama kawiarka Staszka, ale każdy przedmiot nagle znaczył coś innego. Każde wejście do łazienki bez pukania, każde „czy wiesz, gdzie jest coś”, każde przesunięcie jej rzeczy na bok było wejściem do jej życia bez pytania.
Kiedyś znalazła swoją szczoteczkę do zębów wyrzuconą do kosza. „Przepraszam, myślałam, że to stara” – powiedziała Teresa bez cienia zakłopotania. Potem przyszło pytanie o sejf. „No wiesz, po twoim dziadku.
Co tam jest? ”. Alicja odpowiedziała, że nie wie, że nigdy nie miała klucza. Staszek uśmiechnął się i powiedział: „No jak to dlaczego, dziecko?
No różne rzeczy się trzyma w sejfie. Dokumenty, pamiątki. Kiedyś trzeba to posprzątać”. Alicja poczuła, jak jej własne mieszkanie przestaje być jej.
Mama mówiła o „powrocie do Warszawy” jako o czymś nierozsądnym. „No kiedy kiedy już będzie wiadomo, kiedy wracasz do Lublina? Bo wrócić do ich wspólnego mieszkania nie znaczyło tylko wejść do lokalu. To znaczyło wrócić do rozmów, do próśb, do poczucia winy”.
Kłótnia wybuchła przy kolacji. „Najpierw wprowadzili się do twojego mieszkania jak do swojego, potem klucz dla mamusi, potem pytania o sejf, teraz pieniądze” – powiedziała Alicja cicho, ale wyraźnie. Staszek roześmiał się i powiedział: „No powiedz sama, czy z tą policją to nie było trochę za ostro? Słuchaj, no całkiem ci odbiło”.
Alicja poczuła, jak dawny żal, odruch, przyzwyczajenie do jego głosu ściska jej gardło. Ale nie ustąpiła. Powiedziała, że potrzebuje czasu. Staszek powiedział, że to ona przesadza.
W nocy nie spali. Rano Teresa przygotowała śniadanie, jakby nic się nie stało. Alicja wzięła kilka dni urlopu i pojechała do Lublina. Wróciła późnym wieczorem, z torbą i z decyzją.
Poszła do sąsiadki po klucze. „Idź do domu, Alusiu” – powiedziała sąsiadka i spojrzała na nią tak, jak patrzą starsze kobiety, które same dużo widziały i nie potrzebują pytać, żeby rozumieć. Alicja weszła do mieszkania i zaczęła składać ubrania Staszka do worków. Nie z czułością.
Książki, których nigdy nie czytał, wyniosła do piwnicy. Jego maszynkę do golenia wyrzuciła. Szczoteczkę do zębów też. Worki postawiła przy drzwiach.
Po pracy wróciła szybciej niż radziła Olga. Przed nią na stole leżał notes, długopis i mały dyktafon od Olgi. Włączyła go. Nagrywała długo, do bólu w palcach.
Teresa weszła do przedpokoju i rzuciła się do sejfu jak do garnka, w którym miała znaleźć ostatni kawałek mięsa. Alicja została przy drzwiach. Teresa otworzyła sejf i zaczęła wyciągać zawartość – listy, które dziadek pisał do babci z wojska, zdjęcia, medale owinięte w czystą ściereczkę. Potem zadzwonił dzwonek do mieszkania.
Po północy Alicja wróciła do przedpokoju, uklękła i zaczęła zbierać pamiątki do pudełka. Fotografie do fotografii, listy do listów, medale osobno. Powiedziała Teresie: „Sejf należał do mojego dziadka”. Teresa zacisnęła usta.
Potem zapadła cisza. Kiedy w końcu Teresa powiedziała coś, co mogło brzmieć jak przeprosiny, Alicja odpowiedziała, że to nie czas na przeprosiny, tylko na decyzje. Teresa powiedziała: „Nie chcę iść do więzienia”. Alicja nie odpowiedziała.
Skończyła pakować i zostawiła pudełko z pamiątkami na stole. Późnym wieczorem zadzwoniła do kancelarii adwokackiej. Po rozmowie otworzyła teczkę z białą naklejką i czarnym markerem. „Do przewidzenia” – powiedziała cicho i zamknęła teczkę.
15 000 dla Teresy w rozmowie to było coś na chwilę, dziecko przecież oddamy. Ale to, co leżało w teczce, nie nadawało się do rodzinnych rozmów ani do uspokajania serca przed snem. Było konkretne. Następnego dnia Staszek i Teresa próbowali wejść do mieszkania, ale drzwi były zamknięte.
Po raz pierwszy od dawna to ona decydowała, kto może wejść.


