Właściciel powiedział, że klimatyzacja nie działa, bo nie ma czynnika. Ja od razu sprawdziłem ciśnienie i faktycznie zeszło do dwóch barów. No ale zanim uznamy, że wystarczy tylko dolać, trzeba sprawdzić, czy gdzieś nie ucieka. Tylko że to auto robimy dla chłopaków z autokomisu i klient ma lada moment przyjechać po odbiór.

Najpierw zrobiliśmy serwis, złącza, odpowietrzanie. Samoczyszczenie zeszło do zera, a potem uzupełniliśmy czynnik. Odpalamy i od razu temperatura spadła do 14-15 stopni. Kompresor załącza, klima śmiga.
Na pierwszy rzut oka wszystko działa, ale ja dobrze wiem, że to nie koniec. Nie wiemy przecież, czy te 300 czy 400 gramów nie uciekło przez trzy miesiące. Żeby zrobić właściwą próbę szczelności, trzeba by nabić azot i zostawić na dobę. Tylko że termin goni.
No ale klient przyjeżdża, więc próbujemy złożyć to w całość i odpalić pojazd. Wtedy zauważyłem coś, co mnie zatrzymało. Patrzę na płytkę, a tam zamiast wylutowanej części, ktoś po prostu wyciął kawałek ścieżki. Ktoś tu już wcześniej grzebał, i to nieumiejętnie.
Wsadził sobie kawałek drutu do przekaźnika, żeby sprawdzić, czy zadziała, i przy okazji upalił fragment płytki. Puścił lód, pękło, a potem załatwił to na tak zwanego „na już”. No i teraz mam dylemat. Jak to złożyć, żeby działało i żeby nie poszło z dymem przy pierwszym uruchomieniu?
Bo jak ten przekaźnik dostanie pełne napięcie, to ta spalona ścieżka może nie wytrzymać. A czasu już prawie nie ma.


